Zakopane to już tradycja. Święto skoków w Polsce. Bilety, które znikają w kosmicznym tempie. Specjalni goście w telewizyjnym studio. Pełne, a nawet aż za pełne, trybuny Wielkiej Krokwi. Głośny, zorganizowany doping. Wspólne podskoki i rozgrzewające tańce. Stoiska z mniej lub bardziej wyszukanymi  gadżetami ciągnące się niemal od Krupówek. Nieodzowne dźwięki trąb, które z jednej strony dodają niezapomnianego klimatu kibicowania, ale z drugiej niejednego potrafią wyprowadzić z równowagi.

KIbice pod Wielką Krokwią, fot. E. Knap

Ten sezon jest dla Fanklubu wyjątkowy. Do Wisły przyjechaliśmy największą w dotychczasowej historii grupą. Mieliśmy przedstawicieli w Ruce i Engelbergu. Wybieraliśmy się do Titisee, choć z wiadomych względów wyjazd nie doszedł do skutku. Później kibicowaliśmy na żywo w Innsbrucku i Bischofshofen. W Predazzo nasza ekipa widziała na własne oczy pierwsze w karierze zwycięstwo Dawida w zawodach Pucharu Świata! To dopiero coś!

Minął tydzień i spotkaliśmy się w Zakopanem. Zawody te możemy kochać albo ich nie znosić, ale po prostu nie wyobrażaliśmy sobie, aby mogło nas tam zabraknąć.

– Ależ ten Kubacki skacze! – słyszałam zewsząd od kilku tygodni. Po fantastycznych lotach w Val di Fiemme wyrósł ten nasz Dawid na jednego z faworytów zakopiańskich konkursów. Tak to jest w Polsce, że albo mamy euforię, wielki zachwyt i brawa na stojąco, albo lamenty, a co za tym idzie, nieskończone debaty o kryzysie, jego przyczynach i skutkach. Nic pomiędzy.

Przygotowania do wyjazdu oczywiście zaczęły się dużo wcześniej. Najpierw każdy kibic musiał upolować bilet, a jak wiadomo, to wcale nie taka prosta sprawa. Naprawdę niewiele zabrakło, a Oficjalnego Fanklubu Dawida Kubackiego nie byłoby pod Wielką Krokwią. Ostatecznie trochę szczęścia i sporo wysiłków pomogło nam w zebraniu i zabraniu na trybuny całkiem pokaźnej grupy.

Wielka Krokiew, fot. E. Knap

Im było bliżej do polskich konkursów, tym więcej pojawiało się nadziei, że wreszcie ktoś przerwie hegemonię Kobayashiego. Już w Bischofshofen mówiłam, że nastąpi to lada dzień i że zrobi to nie kto inny, a Dawid Kubacki. Ostatnio moje przewidywania sprawdzają się zaskakująco często, więc nawet za bardzo nie zdziwiłam się, gdy Mazurek Dąbrowskiego zabrzmiał na włoskiej ziemi. Dla Dawida.

A więc jechaliśmy do Zakopanego niesieni taką właśnie falą sportowej euforii.

Napisałam sportowej, bo wszyscy wiemy, co zdarzyło się w naszym kraju między jednym weekendem a drugim. Jakie było to wstrząsające. I jak krańcowo inne towarzyszyły nam emocje. Nie będę pisać więcej, bo nie jest to właściwe miejsce na takie rozważania.

Pod Tatrami przywitała nas prawdziwa zima. Mogliśmy podziwiać olbrzymie zaspy śniegu, o których mieszkańcy innych części Polski zdążyli już zapomnieć. Żeby przejść z jednej strony ulicy na drugą, trzeba było najpierw znaleźć wykopane przejście. W niektórych miejscach chodniki znajdowały się pół metra wyżej niż oblodzona jezdnia. Dlatego też niejeden z nas i z Was z pewnością zaliczył efektowną wywrotkę, z telemarkiem lub bez. To dopiero zima!

W piątek wyjechałam dopiero po pracy, dlatego ledwo zdążyłam na kwalifikacje. Ale nie narzekam. Nasza Prezes wyjechała z samego rana, a i tak dotarła dopiero na wieczór. W każdym razie nie widziałam dalekich lotów Dawida na treningu, informowały mnie o tym powiadomienia na czacie i czytane w biegu informacje w sieci. Nawet nie wiedziałam, że Kubacki miał najlepsze wyniki w obu seriach. Rok temu przyjechałam dopiero na zawody, dlatego byłam bardzo zaskoczona, że już w piątek Wielka Krokiew miała niemal pełne trybuny.

Dawid Kubacki po rekordowym skoku, fot. E. Knap

Sobotnia oprawa była bardziej stonowana. Muzykę puszczano tylko w przerwach, a piosenki były specjalnie dobierane tak, by pasowały do trwającej w Polsce żałoby narodowej. Domyślam się, że organizatorom nie jest łatwo prowadzić zawody sportowe w takiej sytuacji. W czasie serii konkursowych słyszeliśmy tylko głos spikera, komentującego odległości poszczególnych zawodników. Przejmująca była minuta ciszy na początku albo płynące z głośników, przeraźliwie aktualne, słowa piosenki „Dziwny jest ten świat”.

Sportowo konkurs drużynowy był świetny. Mieliśmy walkę o zwycięstwo do ostatniej dziesiątej punktu. Jedna dziesiąta przy ośmiu skokach to przecież różnica, którą ciężko sobie wyobrazić. Myślę jednak, że Niemcy bez zastanowienia oddaliby to zwycięstwo, byleby tylko nie doszło do wypadku jednego z nich. Z perspektywy trybun wywrotka Davida Siegla nie wyglądała bardzo groźnie. Ot, narta podwinęła mu się przy lądowaniu. Niestety bardzo szybko okazało się, że kontuzja jest groźna, a kolejne meldunki nie napawały optymizmem. Dzisiaj już wiemy, że młodego Niemca czeka długie leczenie i rehabilitacja. Chyba nie skłamię ani trochę, pisząc, że cały nasz Fanklub bardzo mocno trzyma za niego kciuki.

Trzymamy kciuki za powrót do zdrowia Davida!, fot. E. Knap

Konkurs drużynowy obfitował też w piękne i dalekie loty. Rekord skoczni poprawiano dwukrotnie! Dla nas najważniejsze, że najdłuższy skok oddał Dawid Kubacki i to jego 143,5 metra zostało zapisane jako oficjalny rekord Wielkiej Krokwi. Ależ to był piękny występ! Przyznam, że gdy Dawid lądował, nieco zadrżało mi serce, ale duma aż rozpierała. Dla tego jednego skoku warto było przyjechać. Ale mimo to wyczuwało się wokół poczucie niedosytu. Trzecie miejsce na podium, to przecież nie był szczyt marzeń, zwłaszcza że zdobycie go znacząco ułatwiła dyskwalifikacja Forfanga w drugiej serii.

Świetna postawa Dawida i jego rekordowy wynik tylko zaostrzyły apetyty przed niedzielą. Po całym Zakopanem niosło się przekonanie, że konkurs indywidualny, jak nic, padnie łupem Kubackiego, momentalnie obwieszczonego liderem polskiej kadry. Znakomita forma, wyśmienita passa, a do tego nieocenione wsparcie rodzimej publiczności. Czego mogło zabraknąć do wielkiego triumfu?

Wypełnione po brzegi trybuny, fot. E. Knap

Niestety sport ma to do siebie, że jest nieprzewidywalny. Im większe oczekiwania, tym większe później rozgoryczenie, że nie jest tak, jakżeśmy sobie planowali. Bo miało być święto i Mazurek Dąbrowskiego. Mieliśmy wszystkim pokazać, kto rządzi na Wielkiej Krokwi. Tak jak w czasie serii próbnej, gdy pierwszy był Dawid, a zaraz za nim Kamil.

Nie wiem, czy taka wielka wiara pomaga, czy przeszkadza zawodnikom. Co roku dziennikarze telewizyjni biegają z mikrofonami za skoczkami, oczywiście najlepiej zagranicznymi, by opowiedzieli jak im się podoba w biało-czerwonym Zakopanem. Prośba w stylu pytania zadanego przez Teściową, jak smakuje ciasto. Powiedział ktoś kiedyś, że nie jest wspaniałe?  😊 Wszyscy więc chwalą i atmosferę, i wsparcie publiczności. Liczba kibiców na pewno robi wrażenie. Było to widać po zachowaniu kadry Japończyków, którzy w poprzednich latach przeważnie opuszczali zakopiańskie zawody i udawali się wcześniej do ojczyzny, więc może nie do końca wiedzieli czego mogą  się spodziewać.

Daiki Ito z kibicami, fot. E. Knap

Nasi zawodnicy z pewnością bardzo chcieli skakać pięknie i zająć wysokie miejsca, aby zadowolić tę rzeszę fanów. Każdy starał się jak mógł. Nie udało się. Pojawiły się błędy, niektórym zabrakło szczęścia. Rozczarowanie na trybunach można było wyczuć wręcz namacalnie. Skocznia częściowo opustoszała, a dekorację najlepszej trójki oglądali już tylko najwytrwalsi. Dwunaste miejsce Dawida uznano niemal za klęskę tygodnia.

Ja poczułam się przytłoczona zmianą nastroju i poczuciem katastrofy. Przecież, obiektywnie patrząc, nic wielkiego się nie stało. To był tylko jeden, nie do końca udany, konkurs. Naszych nie było w czołówce, ale przecież po raz pierwszy zapunktował Paweł Wąsek. Ładne skakał Stefan Hula. Maciek Kot przełamał swoją niemoc i awansował do drugiej rundy. Wiem, że to mało jak na ambicje jego i jego rodziny, ale przecież od czegoś trzeba zacząć cierpliwe odbudowywanie formy.

Zwycięzca niedzielnego konkursu, fot. E. Knap

W niedzielę czułam się jak w cyrku albo na jarmarku. Na scenie oprócz niezawodnych wodzirejów pojawiły się zupełnie mi obce gwiazdy estrady, Cleo i rozebrane tancerki, na które aż zimno było patrzeć. Do tego tańczące krowy i fajerwerki. Miałam wrażenie, że organizatorzy chcą wykorzystać wszystko, co pierwotnie mieli przygotowane na trzy dni. Występy uzupełniano hitami z poprzednich lat, ale ani miazga, ani space dance nie zrobiły już na mnie takiego wrażenia, jak kiedyś. Brakowało jakieś pozytywnej energii, radości i wewnętrznego przekonania, że mamy tę moc i dzięki naszemu wsparciu zawodnicy dołożą do skoków jeszcze po parę metrów. Czyżby atmosfera na trybunach była tak bardzo uzależniona od wyników na skoczni?

Kamil Stoch w niedzielę, fot. E. Knap

Co się przez te ostatnie lata stało z magiczną Biało-czerwoną Krainą Czarów? Obecnie, gdy słyszymy „konkursy w Zakopanem” od razu przychodzi nam na myśl niekontrolowany przez nikogo tłum, ścisk przy barierkach, awantury pijanych kibiców i jeszcze wielkie, niestety zwykle pobazgrane, flagi, wiezione na sektory z różnych części kraju. Flagi, które chwilami zasłaniały dokładnie cały zeskok. I te ogromne oczekiwania składane na barki naszych zawodników. Wielkie nadzieje, że któryś uświetni jarmark swoim zwycięstwem i da idealny powód do jeszcze bardziej hałaśliwego świętowania.

Nie wiem, czy pojadę za rok.

Leave a Reply