Opowieść o Ga-Pa będzie miała zupełnie inny charakter niż pełna napięcia i zwrotów akcji historia z Oberstdorfu. Pozostając w klimacie pogodowych porównań: jeżeli pierwsze zawody 66. Turnieju Czterech Skoczni były jak szalejąca na skoczni ulewa, to Garmisch-Partenkirchen stało pod znakiem mocnego słońca (w trakcie kwalifikacji żałowaliśmy nawet, że nie zabraliśmy okularów przeciwsłonecznych), tylko chwilami chowającego się za chmurami. Szybko jednak do nas wracało, i mam wrażenie, że podobny schemat dotyczył też wielu sytuacji w trakcie noworocznego konkursu. A te chmury, które jeszcze się nie rozwiały, będą miały przecież niejedną okazję… Ale zacznijmy od początku.

W drogę wyruszyliśmy (niemalże tradycyjnie) jeszcze przed świtem. Mimo zmęczenia i kłopotów z poruszaniem się po Monachium, które zrobiło na nas wrażenie miasta niezbyt przyjaznego turystom (zwłaszcza obcojęzycznym), dzień rozpoczął się dobrze, bowiem reprezentacja Fanklubu doznała tego poranka poważnego wzmocnienia – jej niewielki skład znacząco się powiększył (chociaż wciąż pozostał skromny, ale, co przecież najważniejsze, niezwykle zaangażowany). Wspólnie wyruszyliśmy więc do Garmisch-Partenkirchen, która, zwłaszcza biorąc pod uwagę nasze dotychczasowe przygody, przebiegła niezwykle spokojnie (gdy tylko udało nam się odnaleźć nasz autobus).

Po drodze podziwialiśmy piękne widoki skąpanych w blasku wschodzącego słońca gór i już w tamtym momencie nikt nie miał wątpliwości, że to będzie dobry dzień. Po przyjeździe bez problemu odnaleźliśmy nasz hostel (którego właściciel, gdy tylko dowiedział się, że przyjechaliśmy z Polski, zaczął mówić do nas po rosyjsku i wyglądał na niezwykle z siebie zadowolonego) i po raz pierwszy od wyjazdu z domów mieliśmy nawet chwilę czasu, by spokojnie wyjść na kawę.

Malownicza dróżka prowadząca na skocznię, fot. Magdalena Celuch

Później czekał nas pierwszy tego dnia spacer na skocznię, skąd odbieraliśmy nasze bilety na kwalifikacje i zawody – okazało się zresztą, że jest to jedna wejściówka na oba dni rywalizacji, co automatycznie wywołało w nas obawy, że zgubimy je i nie zostaniemy wpuszczeni na skocznię w najważniejszym dniu (spoiler: biletów udało się upilnować i bez problemów dotarliśmy na poniedziałkowy konkurs :D).

Na skocznię w Garmisch-Partenkirchen prowadzi niezwykle malownicza ścieżka wijąca się wzdłuż szumiącego potoku otoczonego z obu stron ośnieżonymi szczytami. Sceneria była zatem iście bajkowa, lecz nas przynajmniej równie mocno co te cuda natury, zachwycał banalny pozornie fakt, że nie pada deszcz i wszystkie nasze ubrania, plecaki i buty są suche (przygody deszczowego Oberstdorfu odcisnęły się w naszej pamięci mocnym piętnem).

Zaskakująco mała Grosse-Olympiaschanze, fot. Ewa Knap

A gdy zza zakrętu wyłoniła się wreszcie Grosse-Olympiaschanze, wydała się nam zaskakująco mała – bardziej przypominała skocznię normalną niż dużą. Trudno było uwierzyć, że jest o ładnych kilka metrów większa od naszej swojskiej wiślańskiej Malinki. Jednak po bliższych oględzinach, olimpijski obiekt bardzo nam się spodobał – zbudowany został w ciekawym, nowoczesnym kształcie a na widownię prowadzą dwie ogromne rzeźbione bramy – Wschodnia i Zachodnia. Sam obiekt wydaje się jakby cofnięty w głąb doliny, dość mocno oddalony od trybun, robiących zresztą wrażenie niezwykle pojemnych.

Jednak nie tylko samo Garmisch i tamtejsza skocznia zrobiły na nas zupełnie inne wrażenie niż Oberstdorf. Także atmosfera na trybunach różniła się od tej, której doświadczyliśmy dzień wcześniej. Przede wszystkim, kibicowskie towarzystwo było zdecydowanie bardziej międzynarodowe. W trakcie dwóch dni spotkaliśmy kibiców z wielu krajów, w tym Słowenii, Czech, Japonii, Norwegii, Finlandii, a nawet Bułgarii. Ze Szwajcarii przyjechała najprawdziwsza orkiestra!

Międzynarodowe grono kibiców w Ga-Pa, fot. Joanna Malinowska

Oczywiście nie zabrakło także dużej grupy polskich fanów, którzy w poniedziałek mogli cieszyć się z kolejnego zwycięstwa Kamila i wspólnie z naszym Mistrzem odśpiewać hymn. Radość z tej ostatniej przyjemności została jednak nieco zakłócona przez organizatorów, którzy wybrali mocno spowolnioną wersję Mazurka Dąbrowskiego, którą trudno było śpiewać i która była, jak przyznał nawet sam Kamil, nieco nudna. 😀 Najważniejsze było jednak to, że mimo trudnej sytuacji, jaka miała miejsce pod koniec drugiej serii, gdy wiatr przeszkadzał w dokończeniu zawodów i Kamil zmuszony był długo czekać na swój skok, wszystko skończyło się szczęśliwie. Chociaż nie będziemy ukrywać – nerwów na dole było sporo. Najlepszym podsumowaniem tego, bądź co bądź, historycznego sukcesu (to w końcu pierwsze zwycięstwo Polaka w Ga-Pa – podobnie jak i pierwsza nasza wizyta na tamtejszych zawodach… Niczego oczywiście nie sugerujemy!) niech będzie jednak to, co w euforii wykrzyczeliśmy do siebie tuż po lądowaniu Kamila – „On jest po prostu nie do zdarcia!”.

Najwytrwalsi kibice pozostali na skoczni długo po zawodach, czekając na zakończenie konferencji prasowej, by móc osobiście pogratulować Kamilowi tak pomyślnego rozpoczęcia roku 2018. Oczywiście byliśmy tam też i my! 😀

Najlepszy Kamil Stoch, fot. Ewa Knap

Na szczególną uwagę zasługuje także świetna postawa Tilena Bartola, który nie tylko (ku powszechnemu zaskoczeniu) po pierwszej serii zajmował drugą pozycję, ale mimo kłopotów z wiatrem i długiego oczekiwania w rundzie finałowej powtórzył znakomity skok i ostatecznie znalazł się na bardzo wysokim piątym miejscu.

Nie wszyscy mieli jednak powody do świętowania jak my, czy kibice młodego słoweńskiego skoczka – stojący obok nas Austriacy po zapoznaniu się z wynikami pierwszej serii po prostu opuścili skocznię.

Fantastyczna atmosfera na skoczni, fot. Joanna Malinowska

Nie mogę w dzisiejszej relacji nie wspomnieć o Noriakim Kasai, którego niestety w poniedziałkowych zawodach zabrakło. Choć skok kwalifikacyjny nie pozwolił mu na występ w konkursie, po wylądowaniu całe, wspomniane już, międzynarodowe towarzystwo na trybunach zgotowało mu prawdziwą owację – chyba najgłośniejszą, jaką słyszeliśmy przez całe dwa dni w Ga-Pa. Ogromny szacunek do niesamowitego japońskiego zawodnika, to chyba coś, co łączy wszystkich kibiców skoków narciarskich, niezależnie od narodowości i innych sympatii. Może powiecie, że to sentymentalne i głupie, ale ja dostrzegam w tym coś kompletnie niezwykłego i magicznego. Moim zdaniem jest to właśnie kwintesencja prawdziwego ducha sportu: przecież to wyłącznie jego osiągnięcia, ciężka praca i postawa wobec sportu sprawiają, że cieszy się tak ogromnym szacunkiem i wsparciem na skoczniach całego świata, nawet tych najbardziej odległych od domu.

Dawid Kubacki w Ga-Pa, fot, Ewa Knap

Jeśli chodzi o nieco mniej poważne kwestie, relacja z Garmisch-Partenkirchen nie może się również obyć bez pikantnych szczegółów z Fanklubowej imprezy sylwestrowej. Część z Was będzie być może zawiedziona, ale nie robiliśmy nic szalonego (poza, oczywiście, zorganizowaniem wyjazdu na cały Turniej :P). Ostatni wieczór roku spędziliśmy w naszym hostelu, zbyt zmęczeni wszystkimi przygodami, aby mieć siłę na coś więcej niż stacjonarna impreza, w której sami pełniliśmy funkcje djów, barmanów i klubowych fotografów. Zabawa była jednak przednia, nie brakło śmiechu do łez, śpiewu i… pisania relacji z Oberstdorfu 😀

Naszym prywatnym sukcesem pobytu w Garmisch było natomiast rozwinięcie umiejętności robienia (oraz pozowania) do selfie, które do tej pory nie były najmocniejszą stroną niektórych z nas. 😀 Po poniedziałkowych zawodach nie zabrakło oczywiście tradycyjnego wspólnego zdjęcia z naszą ulubioną Gwiazdą, Dawidem (który notabene obronił miejsce na podium klasyfikacji Turnieju Czterech Skoczni i na półmetku rywalizacji zajmuje trzecią pozycję) oraz z naszym bohaterem Stefanem, który chociaż noworoczny konkurs nie należał dla niego do łatwych, podszedł do tej wymagającej sytuacji z pełnym profesjonalizmem.

Selfie ze Stefkiem Hulą, fot Magdalena Celuch

We wtorkowe popołudnie zarówno reprezentacja Polski, jak i Fanklubu, będzie już w Innsbrucku, korzystając z zasłużonego dnia odpoczynku od emocji na skoczni. Natomiast już w środę rozpocznie się austriacka część Turnieju. Wiele osób, zarówno dziennikarzy jak i kibiców, chętnie roztacza rozległe, piękne wizje i tworzy skomplikowane porównania z wynikami zarówno naszych reprezentantów, jak i innych zawodników w sezonach niedawnych, ale też bardzo odległych. Jednak my nie przyjechaliśmy na Turniej, aby zgadywać i wynajdywać w teraźniejszości złożonych analogii do historii skoków narciarskich, lecz dobrze się bawić, wziąć udział w niezwykłym wydarzeniu i zebrać wspomnienia, które ułożą się w historie, jakie będziemy opowiadać całymi latami. Dlatego, choć oczywiście zerknęliśmy na sytuację w klasyfikacji generalnej, staramy się nie skupiać na niej uwagi, a zamiast tego chłonąć wszystko, co dzieje się dookoła. Nie mamy natomiast żadnych wątpliwości, że wszystkich nas czeka przed zakończeniem Turnieju jeszcze wiele emocji, oraz że z pewnością będziemy mieli o czym opowiadać w następnej relacji.

Więcej zdjęć z Ga-Pa:

Leave a Reply