No cóż. Koniec sezonu nadszedł niespodziewanie szybko. Wszak dopiero jechałam do Wisły zatłoczonym busem, siedząc na podłodze i próbując załadować relację z wynikami kwalifikacji. Przecież tylko chwila minęła od naszej szalonej podróży na konkurs w Oberstdorfie i pierwszego podium Dawida. Niedawno cieszyliśmy się z medalu Igrzysk Olimpijskich! Ledwo co wróciłam z Oslo, jeszcze nie zdążyłam rozpakować walizki, a już całą grupą wsiadaliśmy do autokaru jadącego do Planicy. Nie wiem jak to jest, że z roku na rok sezon trwa krócej. A może to ja coraz szybciej go przeżywam?

Po raz kolejny miałam to szczęście, że zakończenie zimy obchodziłam w Słowenii u podnóży Letalnicy i to w całkiem sporym, fanklubowym, gronie. Tym razem mogliśmy w pełni uczestniczyć we wszystkich elementach skocznego festiwalu, bo mieszkaliśmy w Kranskiej Górze i nie musieliśmy dojeżdżać na skocznię z okolicznych miejscowości. Na dodatek przyjechaliśmy już na czwartkowe kwalifikacje, dzięki czemu cieszyliśmy się aż czterema dniami pod skocznią.

Nie ma jak zakończenie sezonu w Planicy, fot. E. Knap

Jednak nie wszystko odbywało się po naszej myśli. Po pierwsze, tuż przed podróżą złośliwe choróbsko wykluczyło z wyjazdu naszą panią Prezes, a nie da się ukryć, że bez niej nasza grupa zawsze jest niepełna. Później, straszyły nas okropne prognozy pogody! Ktoś wyczytał, jakoby zanosiło się na ciągły deszcz, miało być zimno, szaro, pochmurnie i okropnie. Od razu zaproponowałam, żeby znaleźć inną, lepszą prognozę. Jednak przezornie kupiłam zapas pelerynek przeciwdeszczowych, bo doskonale pamiętałam, jakie straty poniosłam na Turnieju Czterech Skoczni: podarły mi się dwa foliowe płaszcze, parasol przemókł, a następnie wygiął się tak, że całkiem przestał nadawać się do użytku.

Dopiero w poniedziałek, kiedy dotarł do mnie ekspresowo przygotowany nowy baner, uwierzyłam, że zła passa może się odwrócić, mimo że przyszło nam na to troszeczkę poczekać.

Tymczasem nadszedł wreszcie dzień wyjazdu i wcale nie zapowiadało się, że nieszczęścia się skończą. Autokar prawie odjechał bez nas, ja – mimo niepoprawnej ilości bagażu – ciągle przypominałam sobie czego zapomniałam, nikt nie przygotował na drogę muzyki, natomiast Iza nie zmieściła do walizki ręcznika, bo musiała zapakować specjalnie zamówione na wyjazd sękacze.

A Planica na mapie była tak bardzo daleko.

W okolicach Cieszyna ktoś próbował zaintonować słynne: „Planica, Planica, snežna kraljica”, ale nasz autokar tym razem nie był zbyt rozśpiewany, a my nie znaliśmy dobrze tekstu. Gdzieś w Czechach, zorientowaliśmy się, że tym razem to Fanklub Kubackiego jest najgłośniejszy z całej grupy! Pierwszego sękacza z Suchowoli zjedliśmy do ostatniego okruszka jeszcze zanim dotarliśmy do Wiednia. Widząc nasz apetyt, Iza postanowiła strzec drugiego, jak oka w głowie. Niektórzy mówią, że gdy zamykała powieki, to tylko udawała, że śpi. Jak było naprawdę, pewnie się nie dowiemy.

Olbrzym w Planicy, fot. E. Knap

Przyjechaliśmy prosto na skocznię. Po całej nocy w autobusie trudno było się rozprostować, ale nad zmęczeniem szybko zaczęła górować radość­­­­ i takie specyficzne uniesienie, jakie towarzyszy zawodom na skoczniach mamucich. Niektórzy z nas pierwszy raz wiedzieli na żywo takiego olbrzyma.

– Nie no, wcale nie taka znowu wielka ta skocznia! – zawołała Alicja, gdy nasz autokar wjeżdżał pod górę na parking, a my podziwialiśmy widoki przez okna.­­

– No mała trochę – wtórowała jej druga Ala.

Ja tylko się śmiałam, bo pamiętałam z zeszłego roku, że miałam podobne wrażenie. Letalnica na pierwszy rzut oka gubi się w otoczeniu gigantycznych gór. Zwłaszcza z daleka. Dopiero, gdy stanie się u jej stóp i spojrzy wzwyż, gdy śledzi się lot skoczka, widzi lądowanie na odległości bliskiej ćwierci kilometra, to zapiera dech.

Trzeba przyznać, że Planica już w czwartek ugościła nas wyjątkowo, jak prawdziwa snežna kraljica, czyli po słoweńsku królowa śniegu. (Swoją drogą bardzo lubię w Słowenii to, że tamtejszy język nie brzmi dla nas, Polaków, całkiem obco. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że po krótkim osłuchaniu, można rozumieć prawie wszystko, co mówią na skoczni. W porównaniu do Austrii, Niemiec czy… Norwegii to naprawdę jest luksus.) I śniegu było pod dostatkiem, i na brak słońca nie narzekaliśmy. Nie zabrakło również fantastycznych odległości – do tej pory jestem pod wrażeniem niesłychanie dalekiego lotu Gregora Schlierenzauera. Kto by kiedyś pomyślał, że będę mocno kibicować temu Austriakowi? 🙂 Przyjemnie się patrzyło na loty Kamila Stocha, Stefka Huli i Dawida Kubackiego, zwłaszcza ze świadomością, że czwartek to dopiero początek święta gigantów, dopiero rozgrzewka przed tym, co miało się wydarzyć w weekend.

Gregor Schlierenzauer po locie na 253,5 metra, fot. E. Knap

Wieczorem, zmęczeni i nienawykli do słoweńskiego jedzenia, nieśmiało zaproponowaliśmy, że może zjemy sękacza i nikomu nic nie powiemy, ale Iza stanowczo odmówiła! W końcu sękacz z Suchowoli podróżował z nami taki kawał drogi nie bez powodu i czekał nie na byle kogo! Musieliśmy obejść się smakiem.

Tego dnia odkryliśmy naszą nową ulubioną piosenkę, którą później nuciliśmy przez cały wyjazd – o kodach Kamila. J Kto jeszcze nie słyszał, niech koniecznie nadrobi zaległości tutaj. A czy ja kiedyś nie pisałam, że to Dawid powinien nam wymyślić fanklubową przyśpiewkę?

Że kody mu dalej działają niewątpliwie potwierdziło się już kolejnego dnia. Trzydziesta wygrana w Pucharze Świata i zwycięstwo Kamila Stocha nad wszystkimi lotnikami ostatecznie położyło kres opiniom, jakoby nasz mistrz nie był specjalistą na tym typie skoczni. Bo czy ktoś jeszcze ma wątpliwości? Na dodatek w piątek Stefan Hula po raz pierwszy poprawił swój rekord życiowy. Kubacki wylądował na 224,5 i 220,0 metrach i zajął 9. lokatę, czyli najwyższą w konkursach rozgrywanych na mamutach.

Stefek Hula w ogniu pytań, fot. E. Knap

Mogliśmy złożyć gratulacje osobiście, ponieważ po konkursie odbyło się tradycyjne spotkanie Fanklubu z Dawidem. A Iza mogła odetchnąć z ulgą, bo Sękacz z Suchowoli, którego pilnowała z takim poświęceniem – cały i zdrowy – nareszcie trafił w ręce nowego właściciela.

Spotkanie fanklubowe w Planicy, fot. E. Knap

Kolejnego dnia, pogoda była jeszcze bardziej udana. Słońce świeciło tak mocno, że spaliło nie jeden nos i nie jedno czoło. Gdy promienie odbijały się od śniegu, raziły w oczy, więc biada tym, którzy nie wzięli okularów przeciwsłonecznych. Ale nikt nie śmiał narzekać! Ile razy wcześniej oglądaliśmy to planickie słoneczko w telewizji i wzdychaliśmy: Ach, żeby tam być!

Rywalizację w konkursie drużynowym po raz kolejny zdominowali Norwegowie. Polacy długo utrzymywali się w czołówce i walczyli o podium do ostatniego skoku. Zabrakło niewiele, bo zaledwie 4 punktów. Szkoda, ale przecież w sporcie tak już jest, że któraś drużyna musi zająć czwarte miejsce. Tym razem padło na nas. Moglibyśmy się nawet ucieszyć, że na trzecim miejscu znalazła się reprezentacja Słowenii – w końcu tylu ich kibiców było pod Letalnicą – ale gospodarze mocno nam podpadli, gdy zaczęli rozdawać biało-czerwonym chusteczki na otarcie łez. Aż chciało się powiedzieć: – Poczekajcie do jutra!

Planicka publiczność, fot. E. Knap

Bo w niedzielę nie było już większego bohatera niż Kamil Stoch. Wygrał, co było do wygrania: od serii próbnej, po klasyfikację generalną Pucharu Świata. A wszystko z taką łatwością i lekkością, że mieliśmy pod skocznią wrażenie, że zupełnie się przy tym nie zmęczył. No chyba, że w przy noszeniu nagród. Kryształowa kula pewnie swoje waży, a przecież tak niedawno musiał dźwigać wielki talerz i dziewięć szklanych wazonów. Na dodatek za zwycięstwo w klasyfikacji turnieju Planica 7 (do której wliczano wszystkie sześć serii konkursowych i kwalifikacje) otrzymał… rower. Nie wiemy, kto wymyślił ów podarek, ale gratulujemy pomysłu. Zdecydowanie jesteśmy zwolennikami praktycznych prezentów. 🙂

Kamil Stoch na kodach, fot. M. Ciasnowska

W drogę powrotną ruszaliśmy w wyśmienitych nastrojach, bo jak mogło być inaczej? Po autokarze jeszcze długo – aż posnęliśmy –  niosły się słowa naszej piosenki:

Na kodach, na kodach, na kodach,

Kamil, Kamil

Dobrze mu wychodzi

Praktycznie nie ma mocnego

Na niego, niego

Na koniec warto zaznaczyć, że Stefan Hula i Dawid Kubacki w serii próbnej przed ostatnim konkursem oddali najdłuższe skoki w życiu – odpowiednio 236 i 236,5 metra. Obaj panowie w tym sezonie zajęli najwyższe w karierze miejsca w klasyfikacji generalnej, Dawid po raz pierwszy znalazł się w czołowej dziesiątce. Polska drużyna wywalczyła brązowy medal igrzysk olimpijskich. Ach, co to była za zima!

Dawid Kubacki w Planicy, fot. E. Knap

A co z sękaczem? Każda reprezentacja przygotowuje jadło i napitki na słynne team party po konkursie drużynowym, każdy chwali się specjałami i dzieli z kolegami czym może. Mieliśmy teorię, że Kubacki zabrał sękacza ze sobą i rozdysponował między gości. Później mógłby odpowiadać dziennikarzom na pytania: „Dawid, co przywiozłeś na team party?”. Sękacza z Suchowoli! Ale już wiemy, że – na szczęście – tak się nie stało. Nikt sękacza nie pożarł, z nikim nie trzeba było się dzielić. Podlaski przysmak pojechał z Dawidem do domu i grzecznie czeka na zjedzenie. W spokoju!

Leave a Reply