Możecie się śmiać, ale z całego narciarskiego sezonu najbardziej lubię tę chwilę przed pierwszym konkursem – pełną oczekiwana, przewidywań, predykcji, wróżenia z fusów, układu planet, konsystencji śniegu i wyników Letniego Grand Prix. Na moje szczęście, ten moment trwa właśnie teraz. Więc do dzieła, powróżmy sobie!

Najlepszy możliwy sezon

Zaczęłam od swoich śmiesznych skokowych zboczeń, więc pójdę za ciosem – strasznie (naprawdę przerażająco) cieszę się na ten sezon, bo nie czeka nas w jego trakcie żadna wielka, kultowa pojawiająca się raz-na-x-lat impreza. Co prawda, mamy Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich, ale te rządzą się własnymi prawami (?). Daję znak zapytania, bo nie jestem wcale pewna, czy jakieś prawa w ogóle tam obowiązują (nie macie wrażenia, że zawsze dzieje się coś zupełnie niespodziewanego?).

No ale MŚwLN nie są jednak imprezą, która od pierwszego listopadowego konkursu rozgrzewałaby komentatorów do przysłowiowej czerwoności. Jest więc szansa, że ominie nas cotygodniowa dyskusja o tym, „co z Najważniejszymi Zawodami Sezonu”? I o tym, „jak dzisiejsze zwycięstwo zwiększa/zmniejsza szanse zawodnika na wygraną w tychże Najważniejszych Zawodach Sezonu, które rozpoczną się już za 48 dni 12 godzin 4 minuty i 34 sekundy?”. Chyba że łudzę się i ciężar tych oczekiwań rozłoży się równomiernie między Turniej Czterech Skoczni a wspomniane MŚwLN. To kwestia, która już niedługo się rozstrzygnie!

Czeka nas zima bez Najważniejszego Wydarzenia Sezonu?, fot. E. Knap

Ale nie komentatorzy są tu najważniejsi. Mam nadzieję, że przy braku kluczowej imprezy, strategie sztabów szkoleniowych zostaną mocniej nakierowane na długoterminowe cele – nikt nie będzie obawiał się, że po zbudowaniu szczytowej formy na TCS, zabraknie jej potem na Najważniejsze Zawody Sezonu, wzrośnie także rola wytrzymałości i powtarzalności – w tym sezonie niczego (poza pojedynczymi zawodami, oczywiście) nie da się wygrać jednym czy dwoma skokami. Czy to nie cudowna odskocznia (ach, tak) od naszego zwykłego rytmu?

Nie zapominam jednak, oczywiście, o Kamilu, naszym cesarzu, dla którego (czy może bardziej dla jego kibiców? Wydaje mi się, że Kamil może być tą kwestią mniej przejęty niż my) ten sezon może mieć dodatkowy, niezwykły posmak. Jak wiemy, do osiągnięcia Prawie Niemożliwego, czyli wygrania wszystkich pięciu najważniejszych imprez w skokach narciarskich, Kamilowi brakuje tylko złota w lotach.

Jaki to będzie sezon dla Kamila?, fot. E. Knap

Byłby to wyczyn niebagatelny, bo przecież wśród skoczków, którym nie udało się tego dokonać znajdują się takie legendy jak Adam Małysz, Janne Ahonnen czy Jens Weißflog. I to właśnie Mistrzostwa Świata w Lotach nierzadko stawały im na przeszkodzie. Co nie dziwi, bo przecież loty, jak wspomniałam, rządzą się swoimi własnymi… jeśli nie prawami, to chociaż zwyczajami. Swoją drogą, powinniście przyzwyczaić się do tej gadki i wymieniania w tym kontekście powyższych nazwisk – na pewno w ciągu najbliższych czterech miesięcy usłyszycie ją niejednokrotnie. A co z tego wyjdzie? Zobaczymy!

Zmiany na dobre (a może i lepsze)

Kontynuując wątek moich może śmiesznych, a może nawet kontrowersyjnych przekonań, bardzo cieszy mnie zmiana na stanowisku trenera polskiej kadry i z dużym zainteresowaniem czekam, jakie będą jej skutki.

Nie można zaprzeczyć, że pod wodzą Stefana Horngachera nasz zespół odniósł sukcesy, jakie wcześniej trudno było nam sobie wyobrazić. Fantastycznie, że ta współpraca się wydarzyła, i że mieliśmy okazję oglądać skoki narciarskie w tej złotej dla Polaków erze. To klasyczny przykład historii, którą możecie opowiedzieć wnukom (jeśli tylko złapią skokowego bakcyla): „Pamiętam, jak za moich czasów Kubacki wygrał Mistrzostwa Świata zajmując 27 miejsce po pierwszej serii!”; „Kiedyś to było, dzieci, dwóch Polaków na podium Turnieju Czterech Skoczni!”; „Na własne oczy widziałam, jak Stoch zdobywał swoje trzecie złoto olimpijskie!” i tak dalej. Łapiecie o co chodzi? Fuchę irytujących dziadków i babć mamy w kieszeni. W dużej mierze, dzięki Horngacherowi.

Ale, no właśnie: ale. Zawsze miałam poczucie, że to era tymczasowa (co nie wymaga niezwykłych zdolności detektywistycznych, chyba wszyscy wiemy, co się święci, jeżeli ktoś podpisuje kontrakt na jeden sezon) i bardzo mocno skoncentrowana na… osobistych osiągnięciach trenera.

Oczywiście, nie ma nic złego w tym, że szkoleniowiec chce osiągać sukcesy w swojej pracy i w związku z tym szczególną wartość mają dla niego zwycięstwa drużynowe. Daleka jestem od piętnowania takiej ambicji, wręcz przeciwnie! Miałam jednak nieprzyjemne wrażenie, że właśnie ta kwestia przysłaniała Stefanowi wszystkie inne i w jego pracy w Polsce zabrakło troski o to, co przyjdzie później, o budowanie zaplecza, wzmacnianie kadry B, rozwijanie systemu szkolenia juniorów. Z zazdrością słuchałam doniesień o takiej pracy u podstaw czynionej przez innych szkoleniowców. Horngacher był, w moim przekonaniu, trenerem szóstki zawodników kadry A i jakoś specjalnie tego nie ukrywał. Tylko tyle, aż tyle. Nic więcej. Skład naszej drużyny prawie nie zmienił się w trakcie jego kadencji, konkursowa czwórka w większości przypadków była jakby wyciągnięta z 2013 roku. Niby nic w tym złego, bo to skład mistrzowski, ale kiedy zerkniemy im do peseli, miny nam zrzedną. Bo co dalej? Co z następcami?

Co się zmieni w polskiej kadrze prowadzonej przez nowego trenera?, fot. E. Knap

Dlatego właśnie cieszy mnie zmiana trenera. Zupełnie nie wiem, czego spodziewać się po Michale Doleżale, ale czekam z ekscytacją. Z docierających do nas informacji i wiadomości o LGP (które, przyznam się szczerze, mam skąpe, bo zawsze z trudem przychodziło mi traktowanie tych zawodów z całą powagą) wygląda, że szykuje nam się kadra mniej hermetyczna i, mam szczerą nadzieję, nieco szersza. Bardzo liczę na prawdziwe rywalizowanie skoczków o wyjazdy na zawody Pucharu Świata – przynajmniej w zakresie jednego czy dwóch miejsc w drużynie.

Gwiazdy, gwiazdeczki, komety

No właśnie, wspomniałam o następcach mistrzów – jedną z najciekawszych postaci nadchodzącego sezonu jest, moim zdaniem, Jakub Wolny, który poprzedniej zimy naprawdę nieźle się rozkręcił. Będę mocno trzymać za niego kciuki, a co z tego wyjdzie – zobaczymy.

Rozkręcony Kuba Wolny, fot. E. Knap

Tyle już napisałam, a o Dawidzie ani słowa. Czyżby nie interesował mnie los naszej Naczelnej Gwiazdy? Wręcz przeciwnie, obchodzi mnie tak bardzo, że aż wolę nie zapeszać. Ale przede wszystkim, jestem o Dawida spokojna. Czy to naiwność, czy wiarygodny psychologiczny instynkt – przekonamy się niedługo.

Dawid Kubacki przed startem sezonu, fot. E. Knap

Pora zmierzać do końca, a ja nie wspomniałam jeszcze tylu ważnych nazwisk! A więc pokrótce: niezmiennie całym sercem jestem ze Stefanem Hulą i Piotrem Żyłą, którym po prostu przychyliłabym nieba, bardzo mocno liczę, że obu przydarzy się tej zimy coś spektakularnego. Zagadką pozostaje Maciej Kot, który ostatnio nie był sobą (przypomnijmy, że poprzedniej zimy zdobył 25 punktów Pucharu Świata, w wielu zawodach nie wystąpił i ostatecznie ukończył sezon na 47. miejscu). Jego powrót do dobrej dyspozycji byłby z pewnością dużym wsparciem dla drużyny, miejmy więc nadzieję, że, jak to czasem bywa, ten spadek był dokładnie tym, czego Maciej potrzebował, aby wrócić silniejszy niż kiedykolwiek.

Jaki to będzie sezon dla Macieja Kota?, fot. E. Knap

Ale nie samą reprezentacją Polski żyje kibic, więc czas na krótki, bardzo subiektywny przegląd zawodników, których tej zimy będę mieć na oku (jakkolwiek groźnie to nie brzmi!). Nie będzie wielkim odkryciem, jeśli napiszę, że wyliczankę trzeba koniecznie zacząć od Ryoyu Kobayashiego. Sezony  z tak dużą dominacją jednego zawodnika, jak ten poprzedni, trochę mnie nudzą, więc przede wszystkim liczę, że tej zimy rywalizacja o Puchar Świata, będzie trzymać nas w napięciu nieco dłużej. Ale też chętnie sprawdzę, w jakiej formie Ryoyu powróci do zimowej rywalizacji.

Czego się spodziewać po Ryoyu?, fot. E. Knap

Jak mogą pamiętać stali Czytelnicy, już od Igrzysk Olimpijskich 2018 niezwykle frapuje mnie postać  Andreasa Wellingera. Po olimpijskim tryumfie wróżyłam mu rolę tego, który zawalczy z Kamilem o Kryształową Kulę… Pomyliłam się bardzo, sukces przygasił formę Adreasa i stan ten utrzymał się także w kolejnym sezonie – zeszłej zimy Niemiec tylko raz stanął na podium i zajął dopiero 18. miejsce w klasyfikacji generalnej. Nie tego zazwyczaj spodziewamy się po świeżo upieczonym mistrzu olimpijskim. Według najświeższych doniesień z niemieckiej kadry, ze względu na trwającą wciąż rekonwalescencję po kontuzji, Andreasa nie zobaczymy w tym sezonie w Pucharze Świata. Zagadka jego dalszej kariery pozostanie zatem na razie bez odpowiedzi….

Co z Andreasem Wellingerem?, fot. J. Malinowska

Na (niemalże) koniec, nie mogę nie wspomnieć o lubianym przez wielu kibiców bohaterze zeszłego sezonu. Brązowy medalista Mistrzostw Świata, zwycięzca konkursu na najlepszą cieszynkę – Kilian Peier. Może w tym sezonie czas na pierwsze podium w zawodach Pucharu Świata? Do czegoś ten medal w końcu zobowiązuje!

Takie znaki zapytania mogłabym mnożyć jeszcze przez kilka stron: Jak zaprezentują się Niemcy pod wodzą Stefana Horngachera? Jak poradzi sobie, powracający po długiej nieobecności, Severin Freund? Czy czeka nas tryumfalny powrót Petera Prevca? Oszczędzę wam jednak dalszych dywagacji, na rzecz ostatniej uwagi z cyklu Śmieszne Myśli Leny.

W tym sezonie na pewno będę mocno kibicować reprezentacjom krajów nordyckich, a przede wszystkim… ich fanom – niech kibicują mocno i rosną w siłę! Dlaczego?

Wygląda na to, co potwierdzają i statystyki, i wizyty na skoczniach świata, że skoki stały się ostatnio sportem…. dość środkowoeuropejskim, a właściwie polsko-niemieckim. To własnie w tych dwóch krajach nasza ukochana dyscyplina cieszy się obecnie największym zainteresowaniem. I, powiem szczerze, jestem rozczarowana. Mam wrażenie, że w jakiś sposób odbiera jej to ten śnieżno-mroźno-magiczno-tajemniczy urok, bez którego sport zimowy jest jakby mniej zimowy, a którego, bez pomocy mieszkańców Półwyspu Skandynawskiego, po prostu nie możemy osiągnąć. Świetne drużynowe wyniki Norwegów nie wystarczają, aby odwrócić uwagę tamtejszych fanów od biegów narciarskich. Jedna z hipotez głosi, że brakuje im jednego, konkretnego lidera, który pociągnąłby tłumy – jeśli tak, to takiego kogoś właśnie im życzę.

Kto będzie liderem w norweskiej drużynie?, fot. J. Malinowska

Osobny akapit należy się Finom, bez których w ogóle tak smutnawo, pustawo, już kolejny sezon. Obawiam się, że niewiele brakuje, żebyśmy się do tego stanu całkiem przyzwyczaili. Wieści z Finlandii głoszą, że jedną z przyczyn bolesnego upadku tamtejszych skoków było niejako „wspólne” ukaranie narciarzy za aferę dopingową sprzed kilku lat. Skoczkowie, wiadomo, na dopingu raczej nie skorzystają, ale w efekcie skandalu obniżono dofinansowania dla federacji sportów narciarskich, na czym oczywiście sporo stracili i oni. To może temat na osobny artykuł, tutaj tylko, oby na dobrą wróżbę, powiem, że przecież jeszcze jest nadzieja. I chociaż Antti Aalto nabawił się drobnej kontuzji, i zacznie sezon z opóźnieniem, to przecież nieważne, jak się zaczyna… Sami wiecie, co dalej.

Bo jak bez Finów?, fot. J. Malinowska

Jak pewnie już się zorientowaliście, nie jestem najlepsza we wróżbach i niewiele wywróżyłam. Musimy poczekać (już naprawdę niedługo!) i na własne oczy przekonać się, co się wydarzy. Za cztery miesiące wrócimy do dzisiejszego tekstu i będziemy albo podziwiać niezwykłą przenikliwość mojego umysłu, albo zrywać boki z uciechy, śmiejąc się radośnie z tego, jak nietrafne były moje uwagi mimo śledzenia tego sportu już od 18 lat (jeżeli za „śledzenie” możemy uznać wybuchy złości 6-latki, rozpaczającej za każdym razem, gdy Adam wykonał telemark – byłam wtedy przekonana, że coś złego, wiecie, jak markowanie, udawanie).

Który z tych dwóch scenariuszy okaże się bliższy prawdzie? Nie wiem. Zobaczymy!

Leave a Reply