Stało się! Już ponad dwa tygodnie temu świeżutki, pachnący nowością 2018 rok rozpoczął swoje panowanie. Mam nadzieję, że jego pierwsze dni upływają Wam w radosnej atmosferze. Dla skoczków i kibiców z pewnością jest to czas oczekiwania. Na Mistrzostwa Świata w Lotach, na Puchar Świata w Zakopanem i, oczywiście, na Igrzyska Olimpijskie, które rozpoczną się już zupełnie niedługo. A skoro mowa o początkach, porozmawiamy dziś o tym, od czego rozpoczyna się każdy turniejowy i olimpijski skok. Zanim bowiem zawodnik odepchnie się od belki, mamy do czynienia z prawdziwą magią, jaką są rytuały przedstartowe.

Wszyscy o tym słyszeliśmy: buty narciarskie zakłada się, zaczynając od lewego, a przed ważnym meczem nie wolno cofać autokaru. Wszyscy to także widzieliśmy: charakterystyczne ruchy, jakie większość zawodników wykonuje na belce startowej. Pomijam tu debatę, czy część z nich ma na celu lepsze ułożenie nieprzepisowego kombinezonu. Faktem jest, że rytuały przedstartowe istnieją i, uwaga, działają.

Kamil Stoch w oczekiwaniu na start, fot. Magda Ciasnowska

Nie dlatego, że założenie najpierw prawego buta albo uruchomienie wstecznego biegu w autokarze naprawdę sprowadzi na nas pecha i/lub nieprzychylność bogów, ale z przyczyn, o których już na łamach Drugiej Strony Medalu wspominaliśmy – nasze nastawienie naprawdę wiele zmienia i może wywołać reakcję łańcuchową, w wyniku której taki zabobon rzeczywiście się „potwierdzi”. No bo jeżeli założymy najpierw prawy but, zorientujemy się, jaką okropną popełniliśmy gafę i będziemy myśleć o tym, jak to sytuacja jest już nie do uratowania, raczej nie włożymy starań i pozytywnej energii w czekający nas skok. Ale takie rytuały mają też swoje jasne strony, które, z tego co wiem od praktyków, powodują, że raczej nie tępi się ich u zawodników.

Pierwsza z nich, to dokładne przeciwieństwo tego, co przed chwilą napisałam – zazwyczaj takich rytuałów starannie się przestrzega, co daje przekonanie, że wszystko idzie dobrze, jesteśmy na właściwej drodze, a Fortuna stoi po naszej stronie. Pewność siebie, to w sporcie niezwykle ważka kwestia, zatem gdziekolwiek da się ją zdobyć, warto to zrobić, nawet jeżeli mowa o tym, co dla postronnego obserwatora jest wyłącznie irracjonalnym zabobonem.

Klemens Murańka drodze na start, fot. Magda Ciasnowska

Po drugie, w skokach wiele mówi się o automatyzmie i o tym, że myślenie o kolejnych elementach przeszkadza w prawidłowym ich wykonaniu – czas skoku jest po prostu zbyt krótki i przeładowany ważnymi zadaniami, aby świadomość mogła za nim z korzyścią nadążyć. W Drugiej Stronie Medalu także mówiliśmy już o tym, że myślenie nieraz blokuje sukces. Taki automatyzm i, powiedzmy, uczucie flow (polskie tłumaczenie „przepływ” przyprawia mnie zawsze o gęsią skórkę) dużo łatwiej jest osiągnąć, jeśli mamy ustaloną rutynową kolejność działań w stresującej sytuacji zawodów. Dokładnie wiemy, co mamy robić, nie musimy się więc zastanawiać, możemy po prostu skupić się na kolejnych elementach, a nasz umysł może odpocząć.

Liczy się każdy szczegół, fot. Joanna Malinowska

Dlatego wielu sportowców przestrzega ustalonej kolejności działań już od momentu obudzenia się w dniu zawodów. Koncentrują się na kolejnym punkcie swojego planu i to pozwala nie denerwować się nadchodzącym ważnym startem. Podobną technikę stosuje zresztą, niejako intuicyjnie, wiele osób obawiających się ważnego wydarzenia czy mających problemy z lękiem, niepokojem, stanami bezradności i osłabienia motywacji – chodzi o to, żeby nie myśleć, jak wiele mamy pracy albo jak ważny jest czekający nas egzamin, ale działać krok po kroku – najpierw trzeba wstać z łóżka, zjeść śniadanie, włączyć komputer/wyjść na autobus czy cokolwiek innego. Dzięki takiemu podejściu, podzieleniu wielkiego zadania na niewielkie, mniej straszne elementy, odbieramy mu jego obezwładniającą siłę, a kiedy przychodzi decydujący moment (dla naszych zawodników: skok), po prostu nie mamy już czasu na pełen niepokoju wewnętrzny dialog, który tak często zdarza nam się przeprowadzać w chwilach stresu ani na uświadomienie sobie, jak wiele od tego momentu zależy.

Gdy wszystko zapięte na ostatni guzik, fot. Joanna Witecka

Jest to oczywiście umiejętność, którą trzeba ćwiczyć. Skupienie całej uwagi na jakiejś pozornie mało istotnej czynności, kiedy nadchodzi decydujący moment, nie jest łatwe. Stanowi natomiast strategię niezwykle przydatną, nawet kiedy czeka nas start w Igrzyskach Olimpijskich. Na co dzień też często martwimy się czymś, na co nawet nie mamy wpływu, i te czarne myśli przeszkadzają nam skoncentrować się na naszych zadaniach i dobrze wykonać to, co rzeczywiście znajduje się pod naszą kontrolą. Powiedzenie sobie: „Dobrze, zacznę panikować, ale dopiero, jak skończę pisać ten artykuł” może czasem zdziałać cuda. Nie dość, że czas poświęcony innym sprawom pozwala nabrać dystansu do trapiącej nas kwestii, to jeszcze, częściej niż się spodziewamy, przez ten czas może okazać się, że sprawa się rozwiąże i nie będzie się już czym martwić…

Wspomniałam, że poszczególne elementy, na których sportowcy kolejno koncentrują swoją uwagę w ramach przedstartowego rytuału, są pozornie mało istotne. No właśnie, pozornie! Zwróćcie uwagę, że wiele z nich ma także swój stuprocentowo techniczny, niezwiązany z psychologią aspekt. Ważne jest przecież, aby dobrze wykonać rozgrzewkę czy poprawie zapiąć narty – bez tego trudno o sukces, a łatwo o katastrofę.

Rozgrzewka połową sukcesu, fot. Joanna Witecka

A propos aspektów praktycznych, jeszcze kilka słów pod rozwagę kibiców. Postarajmy się o wyrozumiałość, kiedy przed skokiem czy pomiędzy seriami nasz ulubiony zawodnik odmawia poświęcenia nam chwili na zdjęcie lub autograf – może to właśnie spokój i samotność pozwalają mu dobrze przygotować się do występu? Nie chcemy go przecież wybić z jego „rytmu”!

Czas dla kibiców, fot. Joanna Witecka

Odniosłam się już także do tego, że rytuały pomagają budować pewność siebie. Kwestia ta wymaga dalszego rozwinięcia. W psychologii sportu często podkreśla się znaczenie planów mentalnych (a więc na przykład przedstartowej rutyny) dla osiągania poczucia kontroli nad przebiegiem zdarzeń i swoimi reakcjami na nie. Ale trzeba pamiętać, ze podobne rytuały mogą z dobrym skutkiem obowiązywać też w trakcie zawodów, w przerwie pomiędzy seriami, a nawet po zakończeniu konkursu. Można wprowadzać rutynę przywracającą koncentrację w wypadku niepomyślnego skoku albo w stresującej sytuacji przedłużających się zawodów albo oczekiwania na ich opóźniony start. Wykorzystuje się do tego celu czynności, myśli i wyobrażenia, które pomagają zawodnikowi pokazać pełnię swoich możliwości podczas zawodów. Wielokrotne wykonywanie takiego planu zwiększa pewność siebie, właśnie poprzez rozwijanie przekonania o znaczeniu kontroli nad sytuacją oraz o możliwości osiągnięcia tejże dzięki wspomnianym rutynowym czynnościom. Wiara w siebie rośnie, kiedy wiemy, że to, co robimy, pomaga nam zaprezentować się od najlepszej strony.

W ustalaniu rutyny przedstartowej koniecznie należy wziąć pod uwagę specyfikę sportu. W sportach, gdzie często mamy do czynienia z kilkoma występami jednego dnia, potrzeby zawodników będą zupełnie inne niż w przypadku dyscyplin, gdzie w ciągu dnia bierze się udział w maksymalnie jednym meczu, wyścigu itd. Oprócz tego, potrzeby każdego zawodnika są zupełnie inne, nawet w ramach tej samej dyscypliny, więc podstawową cechą każdego elementu przedstartowej rutyny jest jego dopasowanie do danego sportowca – może to więc wyglądać zupełnie inaczej dla dwóch różnych osób.

Każdy ma swój własny sprawdzony sposób, fot. Joanna Witecka

Chyba najważniejszym elementem mental preparation routine (czyli po prostu rutyny przygotowania mentalnego – już nie rozgrzewki czy przygotowania sprzętu, ale elementów stricte nastawionych na psychiczną gotowość do występu) jest moment przed samym startem – w naszym przypadku w ostatnich chwilach przed skokiem, w tym na belce startowej. Ten element jest szczególnie ważny w każdej dyscyplinie, ale zwłaszcza w sportach, gdzie wszystko dzieje się bardzo szybko i nie ma czasu na „rozkręcenie się” – skok na nartach czy wyścig sprinterski trwają kilka-kilkanaście sekund i to już – szansa wykorzystana lub stracona.

Dlatego niezwykle ważnym elementem jest tak zwany moment „switch on” („włączenia”). To chwila, w której zawodnik robi coś, co dzięki zasadom warunkowania i kojarzenia daje znać jego ciału i umysłowi, że nadszedł decydujący moment i pora skoncentrować się wyłącznie na tu i teraz. Przykład: znany golfista Nick O’Hern, gdy przygotowuje się do uderzenia, zaczyna od wyciągnięcia rękawicy i odpięcia trzymającego ją u dołu rzepu – wydany przez zapięcie dźwięk oznacza, że trzeba wyrzucić z umysłu wszystko, co zbędne i skoncentrować się tylko na tym, co konieczne dla udanego uderzenia (w szczegóły nie będę wchodzić, bo nie znam się na golfie i na pewno nagadałabym strasznych głupot). Jeżeli dany ruch, czynność będziemy powtarzać zawsze w danym momencie – przed skokiem albo przed uderzeniem, skojarzymy je ze stanem skupienia i koncentracji w ten sposób, że gdy wykonamy go w tej sytuacji po raz setny czy tysięczny, uspokojenie i skupienie pojawią się niemal automatycznie. A, jak już wspominaliśmy, chodzi właśnie o automatyzm.

Na belce, fot. Magda Ciasnowska

Przykładów nie trzeba szukać daleko. W trakcie oglądania zawodów łatwo zaobserwować, że niektórzy zawodnicy na belce startowej wykonują zawsze te same ruchy. Z żadnym z nich nie rozmawiałam na ten temat osobiście, ale z pewnością niektóre z nich, to stosowane – świadomie lub nie – elementy przedstartowej rutyny „switch on”. Część z nich ma prawdopodobnie także inne, dodatkowe funkcje, jak dodanie sobie pewności, odwołanie się do istotnych osób, wartości albo niezawodności sprawdzonego sprzętu.

Przynajmniej część z Was odniosła już na pewno temat dzisiejszego artykułu do – dyskusji to chyba dużo powiedziane – w każdym razie do tematu, który w naszym skokowym światku ostatnio się pojawił i dotyczył faktu, że Dawid przed każdym skokiem wykonuje na belce znak krzyża. Z jakiegoś niezbyt zrozumiałego dla mnie powodu, cała sprawa i towarzyszące jej komentarze miały charakter światopoglądowy, opierały się na odniesieniach do tego, kto w co wierzy i co robi, a kogo co uraża.

Dawid Kubacki przed startem, fot. Magda Ciasnowska

Jak wspominałam, nie rozmawiałam na ten temat z zawodnikami, ale z mojej perspektywy jest to po prostu element przedstartowej rutyny, którego forma, dopóki dobrze spełnia swoje funkcje, jakiekolwiek by one nie były, (a chyba działa, skoro Dawid był 6. zawodnikiem TCS i w trakcie Turnieju po raz pierwszy stanął na podium?) szczególnie mnie nie interesuje. Może jest to gest powiązany z pewnymi wartościami, może nie (podobne konotacje w umyśle zawodnika może mieć przecież każdy dowolny gest, nawet jeśli społecznie nie jest związany ze światopoglądem lub religią), ale szczerze mówiąc, uważam, że po prostu nic nam do tego. Jest to dla Dawida pewien rutynowy element i jedyne, czego możemy dokonać poprzez toczenie nad nim zawiłych dyskusji, to zaburzenie jego działania i związanego z nim automatyzmu. A ta sprawa, przyznacie, nie ma żadnego związku z tym, w co kto wierzy.

Znów było politycznie, tym razem niechcący, świat mnie do tego zmusił. 😉 Pewnie nie uwierzycie, ale tekst był niemal w połowie napisany już przed naszym wyjazdem na Turniej Czterech Skoczni. Rzeczywistość po prostu dopasowuje się do tematów moich felietonów. 😀 Co Wy na to, żebym zaczęła to jakoś wykorzystywać, hm? Może stworzymy własny przedstartowy rytuał… 😉

A jeżeli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tworzeniu i wykorzystywaniu przedstartowej rutyny, tradycyjnie zapraszam do lektury:

Orlick, T. (1986). Psyching for sport – mental training for athletes. Illinois: Leisure Press.

Leave a Reply