Tegoroczny sezon naprawdę zaczął się wyjątkowo wcześnie. I nie, wcale nie chodzi o to, że inauguracyjne zawody odbyły się dwa tygodnie wcześniej niż choćby dwa lata temu. Po prostu tegoroczna pogoda i nawał zajęć, dały mi złudne poczucie, że do końca roku jest jeszcze bardzo daleko. A tu, proszę, niespodzianka. Nie dość, że listopad, to jeszcze Puchar Świata i skaczą.

Czuję się w tej sytuacji trochę dziwnie. Tym bardziej, że z powodu licznych obowiązków zawodowych, nie mogłam pojechać do Wisły i zobaczyć wszystkiego na własne oczy. Musiałam, prawie jak ten nieszczęsny Kopciuszek, zostać w domu i przygotowywać się do szkoleń, które będę prowadzić przez trzy najbliższe weekendy.

Nic, tylko się załamać. Tym bardziej, że ma się świadomość, iż połowa Fanklubu stoi pod skocznią, na trybunie, na którą osobiście załatwiałam bilety. A mnie została tylko telewizyjna szyba. Ech.

Ale nie, nie będę Wam tu płakać, lamentować i skarżyć się na niesprawiedliwy los. Wykorzystam raczej okazję, aby podzielić się z Wami moimi głębokimi, prawda, przemyśleniami na temat tego, jakie są plusy i minusy oglądania skoków w telewizji.

Skoczkowie w telewizji, fot. B. Burda

Zacznę, co chyba zrozumiałe, od minusów. W końcu, co tam będę sobie żałować. 😛

Tak więc, pierwszym i podstawowym minusem, jest całkowity brak klimatu. Odczuwa się to szczególnie, gdy miało się już okazję, uczestniczyć w zawodach na żywo, na dodatek w radosnym fanklubowym gronie. W domu siedzisz na fotelu, mieszasz herbatę albo, w tzw. międzyczasie, idziesz usmażyć kotlety, a obrazki w telewizorze po prostu migają. Nie czujesz śniegu na twarzy, chłodu ciągnącego od podłoża, lodowatych uderzeń wiatru. Nie słyszysz chóralnych śpiewów i wycia wuwuzeli. Żadne flagi nie zasłaniają Ci widoku. Nie kombinujesz, jak zgrabiałymi z zimna rękami, powiesić baner tak, aby był widoczny z daleka. Nie trujesz głowy Dawidowi, żeby nie zapomniał, że po konkursie ma sobie z nami zrobić tradycyjne selfie…

Masakra. Jak to przeżyć?

Co gorsza, gdy w sytuacji, gdy Kamil, po kilku słabych skokach oddanych w treningach, kwalifikacjach i próbnej, nagle przechodzi samego siebie i wyszarpuje zwycięstwo drużyny, zaczynasz krzyczeć z radości, to rodzina, wraz z kotami, patrzy na Ciebie z niesmakiem, jak na osobę co najmniej niestabilną emocjonalnie. I nieważne, że zachowujesz się tak już od lat. Niesmak wciąż jest ten sam. 😛

I jak nie krzyczeć z radości?, fot. B. Burda

Na skoczni czujesz się członkiem wielkiej wspólnoty. Możesz skakać, wrzeszczeć, śpiewać, kląć na czym świat stoi, a nawet rzucać się innym na szyję i nikogo to nie zdziwi – bo ów nikt cieszy się tak samo jak Ty, ewentualnie tak już nasiąkł alkoholem, że nie dziwi go nic. W każdym razie tam jesteś właściwym człowiekiem-kibicem, na właściwym miejscu.

Kiedy zamykam oczy, potrafię doskonale wyobrazić sobie, co działo się na trybunach po sobotnim zwycięstwie naszej drużyny. I jak wspaniale brzmiał Mazurek Dąbrowskiego odśpiewany a capella przez kilka tysięcy ludzi. Niestety, telewizja nie była w stanie oddać nawet części tej magii.

A tak na marginesie i a propos drużynówki – zwycięstwo Piotrka, Kuby, Dawida i Kamila naprawdę smakowało wspaniale. Może dlatego, że nikt, nawet trener Horngacher nie spodziewał się go. Może dlatego, że nastąpiło trochę jak to sławne trzęsienie ziemi u Hitchcocka. I może też z tego powodu, że w tym roku media wyjątkowo nie pompowały balona przez dwa miesiące przed sezonem, tylko przez kilka ostatnich dni. A numer, jaki wyciął naszym emocjom Kamil Stoch, to po prostu czyste mistrzostwo świata!

Dodam też, że zwycięstwo Jewgienija Klimowa w konkursie indywidualnym, bardzo mnie cieszy. W sumie, im więcej narodów liczy się w klasyfikacji, tym lepiej i ciekawiej. I jakoś nie mam wątpliwości, że nasi już niedługo odbiją sobie ten niedzielny brak podium z nawiązką.

Fanklub na skoczni a ja przed TV, fot. B. Burda

A wracając do zasadniczej kwestii, minusem siedzenia w domu jest dla mnie jeszcze to, że nie mogę spędzać czasu z Fanklubem i o wszystkich perypetiach oraz przygodach dowiaduję się z drugiej ręki. Cieszy mnie jednak ogromnie fakt, że nasza grupa coraz bardziej się jednoczy i coraz lepiej czuje się w swoim towarzystwie. I pomyśleć, że Fanklub ma zaledwie trzy lata i trzy zaginione banery na koncie. Czasem wydaje mi się, że już z piętnaście. Lat oczywiście, a nie banerów.

No dobrze, a czy siedzenie w domu, w czasie konkursów Pucharu Świata, ma w ogóle plusy? Po namyśle stwierdzam, że jakieś jednak się znajdą. 🙂

Po pierwsze – na skoczni nie można wyłączyć komentatora. Pan Zimoch, który zmonopolizował Wisłę, ma swoje plusy i minusy i – parafrazując prezesa Ryszarda Ochódzkiego – od jakiegoś czasu, niestety, minusy zdecydowanie przesłaniają mi plusy. I żeby było jasne – chodzi wyłącznie o kwestie komentatorskie i sportowe. Tak więc, stojąc pod skocznią, obligatoryjnie trzeba słuchać tego, kto akurat tam gada. W telewizji mogę wybrać – jeśli mam ochotę się poegzaltować (rzadko), słucham panów Sebastiana i Przemysława. Kiedy mam ochotę na spokój, zaprawiany ironicznym humorem (częściej), przerzucam się na pana Igora i pana Marka. I wszyscy są zadowoleni. Kropka.

Po drugie – choć rodzina (wraz z kotami) wciąż patrzy na mnie dziwnie, z czasem zrobiła się nieźle wyedukowana w temacie (to się nazywa rozwój przez obowiązkowe oglądanie :P). Mąż Mój Osobisty, ZAWSZE pyta, jak idzie Dawidowi i reszcie naszych, a nawet zaczął ich już rozróżniać. Jak tak dalej pójdzie, naprawdę uda mi się go namówić, żeby zawiózł mnie samochodem do Planicy.

Pięknie, ale zimno, fot. B. Burda

Po trzecie –  w domu jest ciepło i sucho. Na dodatek nic nie leje się na głowę i zamiast w pięciu polarach, można sobie siedzieć w piżamie i pić herbatę. Ewentualnie coś mocniejszego – z radości lub na smutki. W zależności od potrzeb. Ja w tym roku raczyłam się sokiem z czarnego bzu, bo paskudnie bolało mnie gardło. I tu właśnie wyłania się plus kolejny – moja kuracja przyniosła efekt i już czuję się lepiej, więc nie pójdę na zwolnienie. A po zmoknięciu na trybunach, na bank wylądowałabym u lekarza z niemałą temperaturą.

Niewątpliwą korzyścią jest też to, że mogłam napisać niniejszy felieton już następnego dnia po zawodach. Gdybym jednak pojechała do Wisły, to dziś, zamiast spokojnie snuć rozważania, telepałabym się pociągami – najpierw z Uzdrowiska do Katowic, a potem z Katowic do Warszawy. Do przytomności umożliwiającej pisanie, doszłabym pewnie gdzieś w okolicach środy…

Dawid Kubacki po skoku, fot. J. Witecka

W każdym razie – niezależnie od formy przekazu – bardzo cieszę się, że miałam okazję W OGÓLE obejrzeć konkursy inauguracyjne i przeżyć chociaż połowę emocji. Jak wspomniałam wyżej, trzy kolejne weekendy mam zawalone robotą po dach. Dlatego obawiam się, że następny felieton może być najwyżej o tym, jakie są minusy i plusy nie oglądania skoków wcale. 😛

Ale Wam życzę miłej zabawy.

Leave a Reply