Pierwszy tydzień kwietnia to idealny czas na podsumowanie zakończonego właśnie sezonu. Emocje opadły i już z pewnym dystansem patrzymy na wydarzenia ostatnich miesięcy. Można by właściwie powiedzieć, sezon jak sezon – dla niektórych niezwykle udany, dla innych pełen rozczarowań. Jednak dla nas – kibiców polskiej drużyny, dla nas – Fanklubu Dawida, czy wreszcie dla mnie – Leny z pewnością był wyjątkowy.

Przyznam szczerze, że gdy pięć miesięcy temu (aż tyle czasu już minęło!) z niecierpliwością czekaliśmy na pierwsze pucharowe zawody, nie spodziewałam się ogromu nadchodzących sukcesów. Oczywiście, w sezonie olimpijskim trudno nie oczekiwać wielkich emocji, ale scenariusz, który napisała nam tegoroczna zima, był naprawdę niezwykły.

Kiedy wspominam sezon 2016/2017, na myśl przychodzi mi przede wszystkim drużyna – pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata, tytuł Mistrzów Świata, zwycięstwo w Pucharze Narodów… Chociaż kolejna, zakończona dwa tygodnie temu edycja skocznych zmagań również stała pod znakiem drużynowych sukcesów, na czele z pierwszym w historii medalem olimpijskim w rywalizacji zespołów, to trzeba przyznać, że Norwegom w tej materii mogłaby w tym sezonie dorównać wyłącznie drużyna złożona z Kamila i jego kodów (tak, to aluzja do nowego fanklubowego hitu prosto z Planicy). Tę zimę zapamiętam jednak równie dobrze… A właściwie, to o wiele lepiej. Wszystko dlatego, że dla trzech zawodników, którym ja osobiście (przy wsparciu Fanklubowiczów) kibicuję ze szczególnym zapałem, była to, mam wrażenie, zima przełomowa. Dla każdego w zupełnie innym sensie.

Dawid Kubacki po zajęciu III. miejsca w Willingen, fot. J. Malinowska

Zacznę jak należy, bo w Fanklubie pierwszy toast wznoszony jest zawsze za Dawida, więc podsumowanie też wypada mi rozpocząć od niego. A przyjemność to naprawdę wielka. Już od początku sezonu – dosłownie, bo od pierwszego skoku w inauguracyjnych zawodach w Wiśle – Dawid jasno pokazywał, że stać go na to, aby w końcu znaleźć się na wymarzonym przez każdego skoczka podium Pucharu Świata. Jednak krok z miejsca czwartego na trzecie, choć z pozoru może przypominać każdy inny, w rzeczywistości często jest decydujący i, co za tym idzie, wyjątkowo wymagający. Dlatego właśnie skok na podium wymagał kilku tygodni prób i paru treningowych podejść. Kluczowa była cierpliwość, której ani Fanklubowi, ani Dawidowi nie brakowało. I udało się! W Oberstdorfie, dzięki mistrzowskiej formie Kamila, na cześć obu naszych zawodników odegrano Mazurka Dąbrowskiego, Dawid podiumowy wyczyn powtórzył jeszcze w Wilingen i w Lillehammer, a cały sezon zakończył na 9. miejscu w klasyfikacji generalnej! Jestem daleka od „pompowania balonika”, ale wydaje mi się, że z fundamentami tak solidnymi, jakie tej zimy postawiła sobie nasza Gwiazda, możemy ze spokojem czekać na rozpoczęcie kolejnego sezonu.

Pamiątka z Oberstdorfu, fot. E. Knap

Wspomniałam już o Kamilu, i wspomnę raz jeszcze, bo należy (bardzo dziś jestem taktowna, naprawdę!) oddać cesarzowi, co cesarskie. Może komuś wyda się dziwne, że uwzględniam Kamila wśród osób, dla których był to sezon przełomowy – przecież on dawno wspiął się na sam szczyt i nikomu nie musiał już udowadniać, że potrafi. Oczywiście to prawda, ale jego tegoroczne dokonania przekroczyły chyba nawet skalę jego dotychczasowych sukcesów. Brawurowe zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni, trzeci (!) złoty medal olimpijski, wicemistrzostwo świata w lotach, które wielu kibicom wydawały się „słabą” (daję w cudzysłów, bo to aż śmiesznie brzmi!) stroną Kamila. To taki rodzaj historii, którą komentatorzy sportowi będą wspominać przez najbliższe pięćdziesiąt lat (albo i dłużej), irytując pokolenia młodych kibiców, którzy wyczyny Kamila będą znali jedynie z opowieści (swoją drogą, wiele stracą!).

Obiło mi się też o uszy, że dwa tygodnie temu, w Planicy, Kamil został najstarszym w historii zwycięzcą klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Mam w związku z tym dwie uwagi. Po pierwsze, w ogóle jakoś mnie to nie dziwi, bo jeśli chodzi o Kamila, nic mnie już nie zaskoczy. W tym sezonie ostatecznie za pewnik przyjęłam fakt, że dla niego po prostu nie ma rzeczy niemożliwych. Po drugie, przestańmy tak bez przerwy wypominać mu ten wiek. Nie ma czego, zwłaszcza, że przewiduję jeszcze kilka pięknych sezonów w jego wykonaniu. Pozwalam się cytować!

Zwycięstwo Kamila w Ga-Pa, fot. J. Malinowska

Obiecałam trzech bohaterów, więc tylu będzie. Mówiąc o przełomowym sezonie, nie mogę przecież żadną miarą zapomnieć o Stefanie. Stefanie, Który Zaskoczył Wszystkich. Został Mistrzem Polski a potem także niezastąpionym filarem drużyny, które wygrała konkurs w Zakopanem, a z Igrzysk wróciła z pierwszym w historii medalem. To również opowieść o tym, że wszystko jest możliwe. Trochę cichsza, łatwiejsza do przeoczenia niż fanfary, które cały sezon grano na cześć Kamila, ale równie ważna. Oczywiście, znajdzie się i łyżka dziegciu – kilkukrotnie jedynie odrobiny szczęścia brakowało Stefanowi do osiągnięcia większych sukcesów. Ale przecież i on nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie mam pojęcia, co czeka go następnej zimy, ale wiem na pewno, że cały nasz Fanklub będzie mocno trzymał za niego kciuki!

Stefan Hula w konkursie w Oslo, fot. J. Malinowska

Jest wiele tematów, które w kontekście zakończonego sezonu mocno nas zajmowały i pewnie jeszcze długo będą wywoływały gorące dyskusje: wspaniała forma Norwegów, kłopoty Austriaków, rozstrzygnięcia personalne w polskim sztabie szkoleniowym… Nie chcę powtarzać wszystkiego tego, co w tych kwestiach wielokrotnie już padło, ale jest jedna postać, którą, jak sądzę, w ferworze emocji ostatnich tygodni trochę przeoczyliśmy. Mowa o Andreasie Wellingerze, świeżo upieczonym mistrzu (i wicemistrzu) olimpijskim, który natychmiast po powrocie z Igrzysk przygasł, żeby nie powiedzieć, zgasł zupełnie i do końca sezonu ani razu nie stanął już na podium Pucharu Świata. Cztery lata temu, po Igrzyskach w Soczi, sytuacja była zupełnie inna – to właśnie po swoim niezwykłym tryumfie Kamil złapał wiatr w żagle, dwukrotnie wygrał zawody, dwukrotnie uplasował się na trzeciej pozycji i przypieczętował swoje zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. Szczerze mówiąc, bardziej czegoś w tym stylu spodziewałam się po Andreasie. Dosłownie. Tuż po zakończeniu Igrzysk, to właśnie  w nim upatrywałam największego rywala Kamila w walce o Kryształową Kulę. Zupełnie niepotrzebnie!

Andreas Wellinger, fot. M. Ciasnowska

Trudno orzec, jakie są przyczyny tego spadku formy. Czy to zmęczenie szumem medialnym, który z pewnością towarzyszył Andreasowi po wielkim sukcesie? Czy to świadoma decyzja, chwila odpoczynku po osiągnięciu najważniejszego z celów? Moment zagubienia, zastanowienia, co robi się dalej po takim zwycięstwie? Może chwila znudzenia sportem? Tego nie wiem. Ale z wielkim zainteresowaniem będę przyglądać się poczynaniom Andreasa kolejnej zimy. Miniony sezon dla niego też był niewątpliwie przełomowy. Ciekawe, jak przełoży się na dalszy przebieg kariery młodego mistrza.

I ostatni, choć nie mniej ważny element sezonu, o którym wprost nie mogę nie wspomnieć: Fanklub na skoczniach świata! Po raz pierwszy w naszej krótkiej historii pokaźna fanklubowa reprezentacja uczestniczyła zarówno w inauguracji, jak i w uroczystym zamknięciu sezonu. Nie ominęła nas także jedna z najważniejszych imprez – Turniej Czterech Skoczni. Widzieliśmy historyczne zwycięstwo polskiej drużyny w Zakopanem, a przedstawiciele Fanklubu dotarli także do Kulm, Willingen i Oslo. Mówiąc krótko – przez cały sezon mieliśmy pod fachową kontrolą wszystkie najważniejsze wydarzenia na skoczniach!

Fanklub w Zakopanem, fot. E. Knap

Choć to podróżowanie nie obyło się bez naszych prywatnych dramatów (jak bolesna do dziś kradzież ukochanego banera-podróżnika w czasie konkursu olimpijskiego w Korei), to na pewno miniony sezon mocno nas ośmielił. W końcu jeżeli z tak karkołomnej podróży, jak wyjazd na Turniej Czterech Skoczni wszyscy wrócili w jednym kawałku, to prawdopodobnie dla nas, tak samo jak dla naszych skoczków, nie ma rzeczy niemożliwych! Dlatego snujemy już odważne plany na kolejną zimę, podczas której niewątpliwie dotrzemy w wiele nowych miejsc.

Tymczasem wiosna za oknem przypomina, że nadszedł czas na chwilowy odpoczynek od skocznych emocji. Zobaczymy się znów w listopadzie, a żeby czekanie aż tak się nie dłużyło, już w lipcu w Wiśle czeka nas letnia jazda próbna!

Fotografia główna – Ewa Bilan-Stoch

Leave a Reply