Pierwszy w sezonie weekend z lotami narciarskimi nie mógł odbyć się bez reprezentacji Fanklubu. Wiedzieliśmy, że kiedy w grę wchodzą loty, emocje są gwarantowane, ale nie spodziewaliśmy się czekającego nas prawdziwego emocjonalnego rollercoastera.  

Wyprawę rozpoczęliśmy od sporego poświęcenia – aby zdążyć na piątkowe kwalifikacje musieliśmy zorganizować pobudkę o osobliwej porze, Wam pozostawiam decyzję: bardzo późnej, czy bardzo wczesnej? Rekordziści opuścili łóżka jeszcze przed trzecią w nocy. Mimo tego, wszystko przebiegło sprawnie, nikt nie zaspał (!) i w drogę wyruszyliśmy zgodnie z planem.

Pierwsze sygnały nadchodzących kłopotów, wtedy jeszcze kompletnie przez nas zignorowane, pojawiły się podczas postoju w okolicach Wiednia, gdzie wiało tak mocno, że z trudem mogliśmy utrzymać cokolwiek w rękach. Byliśmy wciąż ponad 200 kilometrów od celu, więc nie przywiązywaliśmy do tego wagi. Wkrótce z Bad Mitterndorf zaczęły jednak docierać do nas niepokojące wieści o złych warunkach panujących na skoczni. Wciąż mieliśmy jeszcze kilka godzin… Może pogoda się poprawi?

Tymczasem z nadzieją spoglądaliśmy za okna, marząc o zimowych krajobrazach. Wreszcie, po pokonaniu jednego z licznych austriackich tuneli, nasze prośby zostały wysłuchane – po drugiej stronie, zupełnie nagle, wpadliśmy w sam środek prawdziwej zimy, a liczne płatki śniegu zaatakowały przednią szybę auta. Potrzebowaliśmy chwili, żeby zrozumieć, co się stało: czuliśmy się tak, jakbyśmy trafili do magicznego portalu i niespodziewanie wyłonili się w innym świecie! Później, przejeżdżając przez kolejne tunele, niespokojnie wyglądaliśmy ich końca – czy stracimy tę długo wyczekiwaną zimową aurę? Rzeczywiście zima pojawiała się i znikała, ale, ku naszej uciesze, ostatni z magicznych portali opuściliśmy po właściwej, śnieżnej stronie. 🙂

Kiedy znajdowaliśmy się zaledwie kilka minut drogi od skoczni Kulm, dotarła do nas wiadomość, której się obawialiśmy – tego dnia treningi i kwalifikacje zostały odwołane! Miny nam zrzedły, ale postanowiliśmy i tak pojechać na skocznię, żeby chociaż przywitać się z nią i sprawdzić, gdzie znajdują się nasze miejsca na zawody. Po tej krótkiej wizycie ruszyliśmy na poszukiwanie lokum, oddalonego od Kulm o kilkanaście kilometrów.

Choć razem z wiatrem i deszczem pojawiła się gęsta mgła, kryjąca przed naszym wzrokiem nieco z otaczającego nas górskiego krajobrazu, to i tak przebijające się przez nią zbocza i urokliwe jeziora nie pozostawiały wątpliwości, że znaleźliśmy się w niezwykle pięknym miejscu. Postanowiliśmy więc, na przekór aurze, pójść na spacer po okolicy kiedy tylko odpoczniemy nieco po podróży.

Dotarliśmy do wynajętego przez nas mieszkania i wtedy okazało się, że jego właścicielka prowadzi także pobliską kwiaciarnię – w której miała zresztą prawdziwe urwanie głowy, bo liczni klienci wciąż zaopatrywali się w walentynkowe bukiety. 😊 Wiele towarów było zresztą wystawionych przed sklepem i, co wkrótce odkryliśmy z niejakim zdziwieniem, wszystkie rzeczy pozostawały tam także na noc, po zamknięciu kwiaciarni. Byliśmy pod wrażeniem zaufania, jakim muszą darzyć się mieszkańcy tego niewielkiego miasteczka!

Po krótkim odpoczynku wybraliśmy się na spacer w stronę jeziora Hallstätter. Wisząca wokół mgła nadawała krajobrazom surowego i groźnego piękna, ale przebijający się spomiędzy chmur błękit nieba nastroił nas optymistycznie względem kolejnych dni na skoczni. Wieczorem wypiliśmy nieco grzanego wina i położyliśmy się do łóżek, marząc o dobrej pogodzie.

Tym razem się udało i sobotni poranek przywitał nas sprzyjającą aurą. Choć dolinę wciąż spowijała mgła, to im bardziej zbliżaliśmy się do skoczni Kulm, tym lepsza towarzyszyła nam pogoda. Mogliśmy wreszcie podziwiać krajobrazy w całej ich krasie! Wśród licznych westchnień i okrzyków zachwytu, dotarliśmy pod Kulm, gdzie przez najbliższe godziny równie rozentuzjazmowani oglądaliśmy wspaniałe zawody.

Doceniliśmy także oprawę konkursu, którym towarzyszyła jedna z najlepszych playlist muzycznych, jakie zdarzyło nam się słyszeć na skoczni – po prostu nie dało się ustać w miejscu! Wśród wybranych przez DJ’a utworów było tak wiele fanklubowych hitów, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie ukradziono nam z samochodu pendrive’a z muzyką! (spojler: na szczęście był na swoim miejscu 😉).

Po świetnych skokach Dawid uplasował się tego dnia na 5. miejscu, a zaraz po konkursie tradycji fanklubowego selfie stało się zadość, choć nie obyło się bez przygód, kiedy aparat uznał część fanklubu za tło zdjęcia, kompletnie ich rozmazując :D. Udało nam się jednak wygrać z tymi technologicznymi pułapkami i zrobić (bardzo słoneczne) zdjęcie, na którym wszystkich widać!

W sobotę królem Kulm bezapelacyjnie został Piotr Żyła, dla którego było to drugie (a pierwsze samodzielne) zwycięstwo w zawodach Pucharu Świata, a pierwsze na skoczni do lotów. Przyznam szczerze, że musieliśmy tę informację kilkukrotnie sprawdzić – nie chciało nam się wierzyć, że o niczym nie zapomnieliśmy i od poprzedniej wygranej Piotra minęło prawie 7 lat! Tym bardziej było to zwycięstwo więcej, niż zasłużone i z radością patrzyliśmy na szczęście naszego zawodnika.

Po zawodach wyruszyliśmy na kolejny spacer, tym razem brzegiem jeziora Grundlsee. Maszerowaliśmy wśród kolejnych westchnień i okrzyków zachwytu, przystając co chwilę, by spróbować uwiecznić to piękne miejsce na zdjęciach. W końcu nad brzegiem znaleźliśmy śliczny zakątek z ławkami, gdzie siedzieliśmy, patrząc w wodę, rozmawiając, i urządzając fanklubową sesję zdjęciową, aż zbliżający się zachód słońca i nadciągający wraz z nim chłód, wypędził nas z powrotem do samochodu.

Po tak wspaniałej sobocie, w niedzielny poranek, mimo smutku towarzyszącego pakowaniu manatków (Jak to? Już? Czemu tak krótko?!), z radością myśleliśmy o kolejnych zawodach. W końcu wczorajsze wyniki były świetne,  a prognozy na dziś dobre, co mogło pójść nie tak?

Wszyscy wiecie już co, ale zacznę od początku.

Być może oglądając skoki w telewizji i regularnie patrząc na przeliczniki wiatru, już wcześniej widzieliście, co się święci, ale muszę przyznać, że z naszej perspektywy, w trakcie kwalifikacji i pierwszej serii konkursu, wszystko zdawało się przebiegać bez zarzutu, przynajmniej w kwestii pogody. Oczywiście, już w pierwszej fazie zawodów czekały nas niemiłe niespodzianki – choćby niebezpieczna sytuacja, w jakiej znalazł się Gregor Schlierenzauer, no i przede wszystkim brak kwalifikacji Dawida do drugiej serii. Obejrzeliśmy jednak również wiele wspaniałych lotów, i to nimi staraliśmy się cieszyć – do końca sezonu pozostało przecież jeszcze sporo konkursów, w których można powetować sobie pechowe próby na Kulm.

Kłopoty z wiatrem w finale były dla nas więc niemiłym zaskoczeniem. Choć decyzja o odwołaniu drugiej serii wydaje się słuszna – w trakcie skoków ostatnich zawodników silny wiatr czuć było także na dole – to oczywiście nie uważaliśmy tego za wymarzony finał weekendu. Skocznię opuszczaliśmy z mieszanymi uczuciami: z jednej strony szczęśliwi, że udało nam się odwiedzić tak piękne miejsce i obejrzeć tyle dalekich lotów, z drugiej stroni rozczarowani niedzielnymi wynikami i smutni, że czas wracać do domu.

Ledwo zdążyliśmy poprawić sobie humory ulubionymi skocznymi hitami i wspomnieniami najlepszych momentów wyjazdu, gdy kłopoty z samochodem doprowadziły nas do nieplanowanego postoju na pasie awaryjnym obwodnicy Wiednia. Nie od dziś wiadomo jednak, że nie ma takiej sytuacji, z którą nie dalibyśmy sobie w Fanklubie rady, więc po kilkudziesięciu minutach i sprawnej pracy naszego mechanika-amatora, ruszyliśmy dalej i już bez przeszkód dotarliśmy do domów. Choć wyciągając z bagażnika alarmowy trójkąt, miny mieliśmy nietęgie, to dajcie nam jeszcze trochę czasu, a z pewnością zaczniemy ze śmiechem wspominać tę przygodę – jak wiele wcześniej wiele innych.

Przygody nie byłyby przecież prawdziwymi przygodami, gdyby nie towarzyszyły im wzloty i upadki, prawda? I to chyba właśnie najlepsze podsumowanie weekendu na Kulm – była to prawdziwa przygoda we wszystkich jej odcieniach!

Kiedy kolejna, zapytacie? Bardzo, bardzo niedługo, dwa tysiące kilometrów na północ…

Leave a Reply