Istnieją dwa rodzaje wyjazdów fanklubowych. Pierwsze, trochę szalone i niespodziewane bywają wymyślane w środku nocy, przy winie albo zielonej herbacie, a realizowane już kolejnego dnia o świcie – To co? Jedziemy?! Jasne!  Inne, dla zachowania równowagi w przyrodzie, zostają wpisane w kalendarz już rok wcześniej. Wszystko jest wtedy sprawdzone, ułożone i starannie zaplanowane. Hotel zaklepany na długo przed tym, nim nawet wiadomo, kto się w dane miejsce wybiera – tuż po ogłoszeniu przez Waltera Hofera planu sezonu. Przezorny zawsze zarezerwowany! Co ciekawe, ja lubię podróżować na skoki i tak, i tak.

O tym, że w tym roku pojadę do Oslo, wiedziałam już zeszłej zimy.

Przestudiowałam więc dokładnie mapę miasta, kupiłam z wyprzedzeniem bilet na samolot, obejrzałam rozkłady pociągów i przygotowałam zapas kabanosów. Bagaż podręczny ma swoje ograniczenia, więc wiedziałam, że nie mogę zabrać niczego więcej niż to, co absolutnie niezbędne. Później przyszło mi żałować, że nie upchnęłam do walizki cieplejszych spodni i trzeciej bluzy, ale grzejąc się w słońcu na lotnisku w Balicach, trochę bagatelizowałam norweską zimę. Po naszych czteroskoczniowych wojażach, dwugodzinny lot do Oslo był bardzo miłą odmianą.

Dopiero wchodziliśmy na pokład, a już jesteśmy na miejscu!

W Norwegii pierwszym wyzwaniem jest zakup biletów i dojazd z lotniska Gardermoen na dworzec kolejowy. Każdy ostrożny i zaradny podróżnik czyta, co ludzie radzą w Internetach, więc dobrze wiemy, że lepiej wybrać linię Norweskich Kolei Państwowych (NSB) niż Flytoget Airport Express, bo podróż trwa tyle samo, a opłata za przejazd tymi pierwszymi jest o połowę mniejsza. Automat biletowy okazuje się na tyle przyjazny, że bez problemu wybieramy stację docelową, czyli Oslo S (prawda, że da się ułatwić życie turystom?) i płacimy. Bilet kosztuje 101 koron, więc przy okazji udaje nam się rozmienić trochę gotówki, a z tą muszę akurat uważać, bo w moim kantorze udało się dostać tylko 500 koron.

Lot w Oslo, fot. E. Knap

Z dworca do hotelu, nawet po wędrówce okrężną drogą, docieramy w kilka minut. Kolejny check-in w nowoczesnym automacie, płacimy kartą i już możemy chwilkę odpocząć w malutkim, ale przytulnym pokoju. Niedługo po nas na miejsce dociera druga część Ekspedycji, która leciała z Gdańska na Torp. Dziewczyny opowiadają, że busy do centrum Oslo kierowane przez Polaków są tańsze od norweskich, ale później zatrzymują się pod każdym blokiem przez co ich dojazd znacząco się wydłużył. Na dłuższe rozmowy nie ma czasu, bo przecież chcemy zdążyć na kwalifikacje.  A raczej Prolog, bo właśnie zaczynamy Raw Air.

Norwegowie są bardzo gościnni. Za wszelką cenę starają się nam umilić czas podróży metrem na skocznię. Wyobraźcie sobie, że wystarczy, że obok kogoś usiądziesz, a ten traktuje to jak zaproszenie do rozmowy! Na początku jegomość grzecznie próbuje ustalić język konwersacji – oczywiście, jeśli nie jest Polakiem, ale to akurat łatwo poznać po szaliku w naszych barwach narodowych, załóżmy więc, że zapoznany człowiek nie jest naszym rodakiem na obczyźnie – do wyboru mamy zatem norweski, niemiecki, angielski… Więcej nie sprawdzamy, bo po trzeciej próbie zwykle udaje się dogadać. Następnie zostaje ustalony cel naszej podróży, a więc oczywiście (jak prawie każdy w metrze linii nr 1) jedziemy na (lub z) Holmenkollen. Później pan Norweg zaczyna się dziwić, że my odwiedzamy tylko skocznię. Bo jak to tak? Tuż obok odbywa się bieg mężczyzn na 50 km, a my wolimy patrzeć jak pięćdziesięciu zawodników skacze jeden po drugim! Przez pół dnia!

Bo Polacy to tylko skoki i skoki, fot. E. Knap

– Kto wygrał? – zagaduje nasz towarzysz.

– Norwegia! – mówię, a ten się dziwi. – Dzisiaj był konkurs drużynowy. Polacy drudzy.

– Ale w biegach? Drużynowy?

– Nie! Nie biegi! – tłumaczymy. – My na skoki!

Wtedy poda pytanie skąd jesteśmy. Z Polski! No tak, to wszystko jasne. Polacy to by oglądali tylko skoki. I my specjalnie z Polski tutaj? Musimy bardzo ten sport lubić! A on też kiedyś skakał, ale tylko z takiej małej skoczni, najwyżej piętnastki. Jeszcze jak był młody. Bo on to nie lubi do góry lecieć, zdecydowanie woli na dół. Jakoś tak bezpieczniej się wtedy czuje.

I tak dowiadujemy się, że nasz nowy znajomy był w naszym kraju raz lub dwa, koniecznie samochodem, bo można później przewieźć do Norwegii pełen bagażnik różnych trunków. Że z Oslo do Krakowa można dojechać w siedemnaście godzin, a w Zakopanem są świetne warunki do jazdy na nartach. Że kolega pracuje z Polakami, więc nauczył się przedstawiać i przeklinać po polsku, a ta dzielnica, którą właśnie mijamy jest strasznie droga. I że koniecznie powinniśmy pojechać kiedyś do Vikersund, bo skocznia mamucia jest przepiękna. Na koniec jesteśmy częstowani piwem, gorzałką, naleśnikiem lub surową parówką. Nie korzystamy, ale lubimy to miasto i tych ludzi coraz bardziej.

Królowa Holmenkollen, fot. E. Knap

Norwescy przyjaciele mijają skocznię i idą dalej, by zająć dobre miejsce przy stadionie, na którym będą kończyć bieg narciarze. Część z nich wróci później, tuż przed konkursem, już po zakończeniu biegowej rywalizacji. Inni nie dadzą rady. Ale i tak nie będą mogli równać się z polską częścią publiczności, która ma na trybunach zdecydowaną przewagę. Chwilami wydaje się, że jesteśmy w stolicy Tatr, a nie Norwegii. Chyba najbardziej żałuję, że nie będzie nam dane odśpiewać tutaj Mazurka Dąbrowskiego. Ale gdy wchodzę na skocznię, to jeszcze tego nie wiem.

Holmenkollenbakken mnie zachwyca. Przez te trzy dni mogę poznać jej różne oblicza. W piątek w czasie wieczornych kwalifikacji stoi dumna i oświetlona jak latarnia morska. W sobotę, przy dziennym świetle wydaje się jeszcze większa. Naprawdę wzbudza respekt, bo człowiek czuje się przy niej taki malutki. Wczłapuję się na nią powoli, po schodkach bocznej trybuny i docieram na wysokość buli. Widok z tego miejsca robi wielkie wrażenie i muszę przyznać, że nie na darmo ludzie dopatrują się w tej skoczni królewskiego majestatu. Później słońce zachodzi, a niebo mieni się dziwnymi kolorami od różu i czerwieni do ciemnego granatu. W niedzielę od rana sypie śnieg, a wiatr kręci się i wierci, co tylko dodaje obiektowi osobliwego uroku. Królowa wszak, jak to królowa, ma prawo być czasem trochę kapryśna. Chyba jestem w stanie jej to wybaczyć.

Przed serią próbną, fot. E. Knap

I w piątek, i w sobotę dominuje Kamil Stoch. Wygrywa wszystkie serie treningowe i Prolog, a także w konkursie drużynowym ma indywidualnie najwyższą notę w stawce. Przeskakuje rywali, nie patrząc na to czy skacze z tego samego, czy niższego rozbiegu. W czołówce każdej serii melduje się również Dawid Kubacki. Biało-czerwoni kibice szaleją z radości.

Cała nasza czwórka oddaje świetne skoki, ale tym razem fruwający Wikingowie okazują się nie do pokonania. Mówiłam, że Norwegowie są gościnni? Ale nie aż tak, aby oddać zwycięstwo. Wygrywają z przewagą – bagatela! – prawie sześćdziesięciu punktów. Trzecie miejsce zajmują Austriacy. A Kamil uroczyście dostaje drugi wazon za prowadzenie w cyklu Raw Air 2018.

Polska drużyna na podium w Oslo, fot. E. Knap

W niedzielę przyjeżdżamy na miejsce z samego rana, żeby obejrzeć zawody Pucharu Świata pań. To dla mnie coś nowego, bo jeszcze nie miałam okazji oglądać konkursów kobiet najwyższej rangi, więc wiem, że nie mogę przegapić takiej okazji. Czuję się jednak trochę nieswojo, bo chociaż kojarzę nazwiska z czołówki, to nie potrafię rozpoznać większości zawodniczek. Trybuny są prawie puste. Na jednym sektorze widać grupę zagorzałych kibiców norweskiej mistrzyni olimpijskiej, Maren Lundby. Jest też grupa Japończyków, kibicująca Yuki Ito, Yuce Seto i Sarze Takanashi. Ku uciesze norweskich kibiców, z wielką przewagą wygrywa przedstawicielka gospodarzy.

Maren Lundby, fot. J. Malinowska

Po pierwszej serii konkursu mężczyzn, chyba nikt nie przypuszcza, że Wikingowie mogą zgarnąć na Hollmenkollen hat trick. Robert Johansson jest piąty, Daniel Andre Tande ósmy, a Andreas Stjernen dziewiąty. Kamil Stoch ląduje na 138 metrze i wydaje się, że zwycięstwo może mu odebrać tylko kataklizm. Trzech metrów brakuje do rekordu skoczni. Dawid jest jedenasty. Tylko Stefka Huli żal, bo popadł w niełaskę królowej Hollmenkollen już w pierwszej serii i odpada na półmetku rywalizacji.

Wzgórze Holmenkollen odwiedza śnieżyca. Śnieg sypie raz mocniej, raz słabiej, a wiatr szaleje i kręci. Im dłużej stoję pod skocznią, tym mocniej trzęsę się z zimna, kostnieją mi dłonie i marzną stopy, nie pomagają żadne tańce i podskoki w miejscu. Zawodnicy zaraz po skoku opatulają się szalikami i szybciutko przemykają przez mix zone, starając się uniknąć dłuższych wywiadów. Kibice rozgrzewają się na trybunach jak mogą.

Dawid Kubacki po skoku, fot. E. Knap

Kiedy Dawid nagle traci powietrze pod nartami, ląduje awaryjnie na 116 metrze i spada do trzeciej dziesiątki, wstrzymuję oddech. Co za pech! Mija kolejnych kilka minut, a ja dalej wpatruję się w tablicę wyników i zastanawiam się, skąd tam w czołówce wziął się Forfang? Nawet nie pamiętam, który był po pierwszej serii!

Przed skokami Austriaków Wikingowie okupują całe podium. Kraft i Hayboeck wprawdzie utrzymują się w pierwszej trójce, ale nie udaje im się wyprzedzić Daniela Andre Tande, który dalej prowadzi. Ale na górze jest przecież jeszcze Kamil Stoch. A on jest najlepszy, po prostu iniemamocny! I może właśnie dlatego traci względy Holmenkollbakken? Może stara Królowa zwyczajnie jest zazdrosna?

Cóż, jest norweską skocznią, więc woli, żeby wygrał Tande. A my musimy poczekać.

Leave a Reply