Czasem zastanawiam się, jak to jest, że wydarzenia, na które czeka się długo i niecierpliwie tak szybko mijają, zawsze pozostawiając po sobie odrobinę smutku i niedowierzania. Jak to? Już? Tak zwyczajnie po wszystkim? Jakim cudem?

Nie inaczej jest i tym razem. Zakopiańska przygoda z Pucharem Świata niestety dobiegła końca i trzeba wrócić do rzeczywistości. Ale może ta krótka relacja pozwoli jeszcze raz poczuć tamtą atmosferę i przypomnieć sobie emocje, które towarzyszyły nam przez te kilka dni?

Prolog – Przygotowania i podróż

Kiedy wracam pamięcią do kibicowskich wypraw na skoki odbywanych z moim stałym gronem znajomych – teraz już fanklubowym – mogę spokojnie uznać, że każdy z tych wyjazdów miał jakiś motyw przewodni. Coś, co sprawiało, że przygody sypały się nam jak z rękawa. Coś, co potem wracało prawie w każdej rozmowie, w niezliczonych żartach oraz we wszystkich wspomnieniach.

Tym razem takim lejtmotywem oraz przebojem były kije. Do baneru. 🙂

Sam projekt rzeczonego baneru wyszedł oczywiście bardzo elegancko, ale ja nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła kilku przygód przy okazji drukowania wielkoformatowego (czasem myślę, że one, tzn. te przygody, same na mnie skaczą :P), ale w końcu na dwa dni przed wyjazdem wszystko zakończyło się pomyślnie. Ale do pełni szczęścia brakowało jeszcze kijów.

Oczywiście każdy kibic, który wybiera się pod skocznię, doskonale wie, że nie można tam wnosić ani uchwytów do transparentów, ani drzewców do flag z – nomen omen – drewna. A tym bardziej metalu! Pozostaje tylko plastik. Przeszukałyśmy więc Internety we wszystkie strony, ale to, co udało nam się znaleźć, zwykle okazywało się za krótkie albo jednak drewniane. I wreszcie ktoś znajomy rzucił genialną w swojej prostocie radę – idźcie do Obi.

Poprosiłam więc Osobistego Małżonka o pomoc. Wspólnie udaliśmy się do sklepu i nabyliśmy co trzeba, czyli kije solidne i trzymetrowe. Na szczęście w całości wlazły do samochodu i dało się je przewieźć ze sklepu do domu. Większy problem tkwił jednak w tym, że trzeba było jeszcze zapakować je do Polskiego Busa. I tu znowu wykazał się mój Małżonek – jakimś tajemniczym sposobem skutecznie przekonał Pana Kierowcę, że te dwa plastikowe badyle naprawdę muszą pojechać do Zakopanego, bo inaczej świat co najmniej się zawali.

No więc pojechały.

Reszta towarzystwa, która dosiadała się w Krakowie, już podczas pakowania swoich bagaży naocznie sprawdziła, że nasze trzymetrowe artykuły pierwszej potrzeby jadą sobie bezpiecznie, a Pan Kierowca obchodzi się z nimi jak z jajkiem. Wychodzi więc na to, że siła perswazji to podstawa.

U kresu podróży przywitała nas nie tylko nasza Tajna Reporterka, która już od kilku dni bawiła w Zakopanem, ale także prawdziwie zimowa aura. Śnieg śnieżył, mróz mroził, wiatr z lekka zawiewał, ale nas wcale to nie przeraziło. Podobna pogoda od kilku dni panoszyła się w całym kraju, więc zdążyłyśmy się już przygotować – i mentalnie, i odzieżowo.

Niestety droga na kwaterę wiodła pod górę. Dotarłyśmy na miejsce z językami na brodach oraz, oczywiście, z kijami wzbudzającym zainteresowanie licznych przechodniów (pozdrawiamy!). Chwilę odpoczęłyśmy, rozpakowałyśmy bagaże, po długiej naradzie znalazłyśmy dla naszych długich skarbów odpowiednie miejsce (jedna z propozycji brzmiała – kładziemy je na środku pokoju w poprzek i wybijamy sobie radośnie zęby), zrobiłyśmy zakupy, a następnie udałyśmy się (tym razem bez kijów) na wycieczkę po Zakopanem w towarzystwie Bardzo Miłej Pani, której jeszcze raz serdecznie dziękujemy. Ona wie za co! 🙂

Część pierwsza – Piątek

Następnego dnia rano zaczęłyśmy przygotować się do profesjonalnego kibicowania. Realizację zadań rozpoczęłyśmy od premierowego połączenia w jedno uchwytów i baneru (w domu nie miałam ku temu warunków). Wyszłyśmy więc na zewnątrz, rozwinęłyśmy nasz transparent na całą dwuipółmetrową długość (jeszcze raz pozdrawiamy przechodniów!) i wtedy, ku naszej ogromnej konsternacji, okazało się, że pod ciężarem płachty kije zaczynają się wyginać. Nie namyślając się zbyt długo, uznałyśmy, że należy je skrócić o jakieś pół metra.

Podczas tej skomplikowanej operacji przeprowadzanej za pomocą noża do pieczywa, towarzyszyła mi ponura refleksja, że gdybym zrobiła to w domu, miałabym w drodze o wiele mniej stresu. Poza tym dziewczyny, zupełnie nie wiedzieć czemu, strasznie się ze mnie naśmiewały. Może dlatego, że z nożem jest mi wyjątkowo do twarzy. 😛

piątek

Skrócone kije na szczęście zyskały na stabilności, a my – uspokojone – najpierw zjadłyśmy obiad, a potem włożyłyśmy na siebie kilka warstw odzieży i wyruszyłyśmy na skocznię. Z banerem, kijami, torbą wafelków i w organizacyjnych czapkach z logiem. I o ile, ku naszej uldze, kije nie wzbudziły zainteresowania Państwa z ochrony, o tyle zaniepokoił ich baner. Musiałyśmy go więc rozwinąć i zaprezentować w pełnej krasie. Poza tym sprawdzono dokładnie, czy nie przemycamy czegoś w wafelkach. Najwidoczniej w niektórych okolicznościach różowy kolor bywa bardzo podejrzany.

W czasie kwalifikacji jest zwykle mniej publiczności niż na konkursach, więc mogłyśmy zainstalować się bez obaw, że coś komuś zasłonimy i zająć się kibicowaniem. Ciągle wyginające się kije i siarczysty mróz sprawiały, że było to jednak spore wyzwanie. Ale w sumie, czym jest chłód w porównaniu z pięknym skokami Dawida? Poza tym od czasu do czasu udawałyśmy się wymiennie (ktoś musiał pilnować kijów) na wycieczki dookoła sektora i to pozwalało nam trochę się rozgrzać. Muszę też dodać, że wzbudzałyśmy spore zainteresowanie, a różni Panowie – weseli niekoniecznie z natury – chętnie częstowali się wafelkami.

A na końcu okazało się, że baner zamarzł na kość i za nic w świecie nie chciał się zwinąć. Niosłyśmy go więc w całości, złożony na pół, jak flagę. A gdy topniał, zalał nam wodą pół pokoju.

Cały wieczór zajęły nam rozważania na temat przewidywanego składu drużyny. Najżywiej interesowała nas kwestia – czy będzie w niej Dawid, który zakończył kwalifikacje na 15. miejscu, jako piąty z Polaków. Finalnie okazało się, że trener Kruczek zrobił nam psikusa i zdecydował się wystawić czterech najwyżej sklasyfikowanych. Musiałyśmy więc pocieszyć się grzańcem: na szczęście mamy w swym gronie Wybitną Specjalistkę od przyrządzania tego wyśmienitego trunku.

Część druga – Sobota

Podczas śniadania przedyskutowałyśmy dwa tematy:

Czy skoro Dawid tego dnia nie skacze, zabieramy na skocznię baner?

A jeśli już weźmiemy ten baner, to co z kijami?

Miałyśmy bowiem poważne obawy, że tym razem nie uda nam się porządnie rozstawić, bo zaraz ktoś z tłumu zgłosi słuszne pretensje, że mu zasłaniamy widok. W końcu doszłyśmy do wniosku, że bierzemy wszystko. Nie po to szykowałyśmy transparent, żeby bezczynnie leżał w pokoju.

Ochrona, poczęstowana wafelkami, tym razem wpuściła nas bez problemu, ale na miejscu okazało się, że źle wyliczyłyśmy godzinę przybycia i dostanie się na dół sektora C stanowi zadanie raczej niewykonalne. Zostałyśmy więc na górze, walcząc z banerem, który okazał się być wyjątkowo złośliwą bestią – nie dał się ani porządnie rozłożyć, ani przyczepić do siatki. Spadał nam na głowy, a kijami o mało nie wydłubałam sobie oka.

Zrezygnowane, zwinęłyśmy majdan, no ale ktoś musiał z nim zostać. Padło na mnie i wyglądało, że przez cały konkurs drużynowy będę sterczeć pod płotem i z narażeniem na oblanie piwem, herbatą lub bigosem, pilnować tych nieszczęsnych kijów. Niewiele myśląc, złożyłam dokładnie baner, a kije ostrożnie ułożyłam wzdłuż siatki i trochę przysypałam śniegiem, a potem dołączyłam do dziewczyn, które zdążyły już zająć strategiczne pozycje. Oglądałyśmy wspaniały konkurs (gratulujemy naszej Drużynie!), ale cały czas towarzyszyła nam uparta myśl, że jako młody Fanklub, musimy nauczyć się jeszcze wielu rzeczy. Zwłaszcza o skutecznym umieszczaniu banerów w tłumie na skoczniach. No i oczywiście o kijach. Których, na szczęście, nikt sobie nie pożyczył. Leżały dokładnie tam, gdzie je zostawiłam. Mogłyśmy więc w trakcie dekoracji znowu zademonstrować transparent w całej okazałości.

prolog

Wieczorem, przy kolejnej porcji grzańca, debatowałyśmy, jak zaplanować działania na niedzielę. W końcu Dawid tego dnia miał skakać i dlatego baner musiał być bezwzględnie. Kije z racji swojej niewygody popadły w niełaskę, więc uznałyśmy, że baner należy gdzieś przywiązać. Najlepiej w pierwszym rzędzie. Problem w tym, że oczywiście nie miałyśmy ze sobą sznurka. Ale od czego pomysłowość i Specjalny Nylon do Wieszania Banerów (używany też czasem w zastępstwie pasków klinowych)? 😛

Część trzecia – Niedziela

Przed konkursem indywidualnym udałyśmy się na skocznię dużo wcześniej niż poprzednio. Udało nam się zejść na sam dół, ale niestety miejsca przy barierkach były już zajęte. Musiałam więc użyć całego uroku osobistego (tak, czasem coś takiego miewam :P) oraz pewnej liczby wafelków, aby przekonać Panów Kibiców, że taki piękny baner Fanklubu nie będzie im w niczym przeszkadzał, a Dawidowi na pewno pomoże. Panowie nawet bardzo się nie opierali i powiesili nasz transparent, a Miłe Dziewczyny, które stały obok (z tego miejsca serdecznie je pozdrawiamy) nawet sprawdzały, czy nie spadł w trakcie konkursu.

Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku zajęłyśmy się kibicowaniem, zaliczając po pierwszym skoku Dawida lekki stan przedzawałowy (wejdzie do drugiej serii, czy nie wejdzie?). Ogromnie ucieszyłyśmy się z jego awansu aż o dziesięć pozycji, a nasza Specjalistka od Grzańca była przeszczęśliwa z powodu zwycięstwa Stefana Krafta. No cóż, stare sentymenty bywają jednak bardzo silne (ale już nad tym pracujemy :P).

Niedziela Krzysztof Karolak

fot. Krzysztof Karolak

Po konkursie nadszedł czas na Pamiątkowe Zdjęcie. Szybko dołączył do nas Dawid, więc wszystko odbyło się w wielkim tłumie (wychodziło jeszcze z pół sektora C!) i sporym zamieszaniu i ostatecznie nie powstało jedno, a wiele zdjęć. A kije do baneru – oczywiście, kiedy ich nie było, okazało się, że są koniecznie i natychmiast potrzebne – zostały pożyczone (dziękujemy bardzo!).

Niestety po fakcie dowiedziałyśmy się, że nie wszyscy zdążyli dotrzeć na miejsce zbiórki. 🙁 Z tego też wyciągnęłyśmy wnioski. Wiemy już jakie ewentualności wziąć pod uwagę następnym razem.

No i oczywiście dziękujemy wszystkim Uczestnikom!

Epilog

Na zakończenie chciałabym też przynajmniej wspomnieć o atmosferze, która panowała pod Wielką Krokwią, ale tego chyba nie da się opisać. A przynajmniej tak skromnym piórem jak moje. Mówiąc krótko – było fantastycznie i baśniowo!

No dobrze, ale co z kijami?

Dawid, kiedy wręczałyśmy mu Oficjalną Uchwałę o powołaniu Fanklubu, obejrzał je sobie z uciechą i natychmiast stwierdził ze znawstwem:

 – O, zwykłe rurki PCV.

A ja nie miałam siły wieźć ich z powrotem. Pozostały więc w Zakopanem. Być może będziecie mieli okazję gdzieś tam je spotkać. Albo my same natrafimy na nie za rok, w końcu takie kije bywają czasem wierne jak plastikowy bumerang.

A teraz pozostaje nam już tylko odliczanie dni do zawodów w Wiśle. Tyle że wciąż jeszcze nie jesteśmy pewne których. 🙂

Leave a Reply