Letni wyjazd do Wisły był wydarzeniem wyczekiwanym w Fanklubie z rosnącą niecierpliwością. W końcu od czterech miesięcy, czyli od zakończenia sezonu zimowego, nie mieliśmy okazji do wspólnego kibicowania! Trzeba jednak przyznać, że mimo fanklubowego entuzjazmu, wyjazd nie zapowiadał się najlepiej…

Praktycznie w ostatniej chwili choroba pozbawiła nas towarzystwa Pani Prezes, a wszystkie prognozy pogody zapowiadały aurę daleką od letniej, strasząc zimnem, deszczem i – co najgorsze –  wiatrem. Jednak każdy, kto śledził wydarzenia weekendu w Wiśle, wie, że to nie będzie smutna opowieść. Ale historia o tym, jak Wisła zaskoczyła wszystkich.

Skocznia im. Adama Małysza przed czwartkowymi kwalifikacjami, fot. Ewa Knap
Skocznia im. Adama Małysza przed czwartkowymi kwalifikacjami, fot. Ewa Knap

Dzień 1: Narodziny nadziei

Nie zaczęło się jednak obiecująco. W czwartkowy poranek Wisła przywitała nas zapowiadanym wiatrem i chłodem, więc tylko czekaliśmy aż z ciężkich ciemnoszarych chmur spadnie również spodziewany deszcz. Dodatkowo wyglądało na to, że nie tylko nam brakuje optymizmu, bo już około południa dotarła do nas informacja, że treningi i kwalifikacje z kilkugodzinnym wyprzedzeniem przesunięto na wieczór…

Zaczęliśmy już żartować, że chociaż nie ma się po co wybierać na skocznię, to i tak pójdziemy, bo nie wypada się tam nie pokazać. Tymczasem jednak zajęliśmy się sprawami bieżącymi – przede wszystkim w mniej formalny niż przy okazji składania deklaracji sposób przywitaliśmy fanklubowiczów, z którymi widzieliśmy się pierwszy raz. Przeprowadziliśmy także zebranie, na którym dyskutowaliśmy o możliwościach rozwoju i realizacji naszych nowych pomysłów. Przy odrobinie szczęścia efekty tej burzy mózgów będzie można już niedługo podziwiać tutaj, na stronie internetowej!

W końcu przyszedł czas na to, aby mimo dmącego wciąż za oknami wiatru, przygotować się do wyjazdu na skocznię. Upewniliśmy się więc, że wszyscy są najedzeni i zaopatrzeni w odpowiednie zarówno fanklubowe, jak i biało-czerwone gadżety, zabraliśmy Nowe Wspaniałe Kije do Mycia Tira (prosto z Białegostoku) oraz baner, który miał na nich dumnie zawisnąć i ruszyliśmy w drogę.

Wiatr nie ustawał, ale zza chmur powoli przebijało się słońce, a razem z nim w naszych sercach nieśmiało budziła się nadzieja. Może jednak nie wybieramy się do Malinki na darmo?

Dawid Kubacki, fot. Magda Ciasnowska
Dawid Kubacki, fot. Magda Ciasnowska

Dla niektórych była to pierwsza, dla innych dziesiąta lub dwudziesta wizyta na skoczni imienia Adama Małysza, ale nie będzie przesadą, jeśli powiem, że powroty bywają równie emocjonalne jak pierwsze spotkania. Wiało nadal dość mocno, a treningi przesuwano o kolejne minuty, więc właściwie nie spodziewaliśmy się zobaczyć tego dnia skoków.

Ale wtedy nadeszła godzina dziewiętnasta i okazało się, że wbrew pesymistycznym przewidywaniom, wiatr ustał, seria treningowa i kwalifikacje przebiegły bez zakłóceń, a my cieszyliśmy się z dobrej postawy naszych reprezentantów, a zwłaszcza, rzecz jasna, Dawida, który w obu seriach uplasował się na drugiej pozycji, w kwalifikacjach przegrywając rywalizację o zwycięstwo z Maćkiem Kotem o zaledwie 0,7 pkt. Chociaż po zachodzie słońca wszyscy okropnie zmarzliśmy, to nikt nie żałował, że mimo nieprzychylnych prognoz, pojawiliśmy się na kibicowskim posterunku.

Brawo, Dawid! fot. Marta Wawrzyniak
Brawo, Dawid! fot. Marta Wawrzyniak

Tego dnia pozostało nam już tylko wrócić do hotelu… Co nie było wcale łatwą sprawą, bo w dzień kwalifikacji nie kursowała jeszcze dodatkowa komunikacja miejska, a że ze skoczni wyszliśmy dobrze po 21, ostatni rozkładowy autobus już dawno odjechał. Postanowiliśmy więc udać się na sześciokilometrowy spacer do miasta. Mimo sporej odległości, wędrówka upłynęła nam szybko na rozmowach i wspomnieniach z wcześniejszych skokowych wypraw. Niektórym wystarczyło jeszcze siły na wzniesienie skromnego toastu na cześć niespodziewanie dobrej pogody i (tym razem spodziewanej) wysokiej formy naszej drużyny. Potem wszyscy udaliśmy się do łóżek – nie mieliśmy wątpliwości, że na prawdziwe świętowanie przyjdzie jeszcze czas!

Dzień 2.: „Przejdzie bokiem!”

Piątek powitał nas słoneczną pogodą (chociaż niecierpliwie sprawdzane prognozy tradycyjnie wróżyły popołudniowe kłopoty), dlatego też nie próżnowaliśmy i postanowiliśmy już z samego rana (od niektórych wymagało to sporego wysiłku i wsparcia kawy) wybrać się na skoki. Nie była to jednak jeszcze rywalizacja w ramach Letniego Grand Prix, a trening młodych zawodników klubu KS Eve-nement na skoczniach w Wiśle Centrum. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem odwagi, samodyscypliny i profesjonalizmu młodziutkich zawodników. Zgodnie uznaliśmy, że każdy (i każda) z nich jest wspaniałym kandydatem do posiadania w własnego fanklubu już w całkiem niedalekiej przyszłości!

Po południu nadszedł czas wyjazdu na skocznię. Znów porządnie się najedliśmy (kibicowanie wymaga naprawdę ogromnych pokładów energii!), zabraliśmy wszystkie niezbędne gadżety i ruszyliśmy w drogę. Świeciło słońce, wiatr nie doskwierał i wszyscy byli w wyśmienitych humorach. Co prawda nasz entuzjazm nieco opadł, gdy na długie minuty (nieomal godziny) utknęliśmy w kolejce do wejścia. W końcu jednak udało nam się dostać na skocznię. Ustawiliśmy się w strategicznie dobranym miejscu i rozwinęliśmy baner – był to pierwszy prawdziwy debiut naszych Nowych Kijów do Tira – miały wspomagać nas w kibicowaniu przez całe zawody! Spisały się znakomicie, a przy okazji okazało się, że radzenie sobie z transparentem to swoista forma sztuki. Powstał także pomysł na pierwszy fanklubowi wynalazek –  pas do trzymania banera, który już niedługo zrewolucjonizuje kibicowanie. Kiedy opracujemy szczegóły i opatentujemy nasz wspaniały pomysł, z pewnością zbijemy na tym fortunę! 😀

Kubice na sektorze A8, fot. Magda Ciasnowska
Kibice na sektorze A8, fot. Magda Ciasnowska

Po pierwszej serii (i wspaniałym skoku Dawida) reprezentacja Polski przegrywała jedynie z ekipą Norwegii i była to różnica punktowa, którą, w co nikt nie wątpił, bez problemu można było odrobić. Wszystko szło więc dobrze, ale wtedy powrócił do nas motyw przewodni całego wyjazdu: pogoda. Nad skocznią zaczęły zbierać się chmury o wyraźnie deszczowym wyglądzie i w przerwie przed drugą rundą wszyscy byli już gotowi na ulewę, a powtarzane wciąż „Spokojnie, przejdzie bokiem!” brzmiało raczej jako żart na osłodę, niż rzeczywiste przekonanie. Wkrótce zerwał się wiatr, a na nasze głowy i banery spadły pierwsze krople deszczu i… już żadne kolejne. Po kilku chwilach ciemne chmury przesunęły się na drugą stronę skoczni, a na niebie nad nami pojawiło się słońce. Wiatr dokuczał jeszcze przez kilka kolejnych chwil (gdyby nie wspomniana kilkupunktowa strata do Norwegów, bylibyśmy nieomal skłonni uznać, że wyniki z pierwszej serii powinny zostać uznane za ostateczne), w końcu jednak wszystko się uspokoiło i zawodnicy powrócili do rywalizacji. Emocji było co niemiara (najlepszym dowodem są nasze zdarte gardła), ale dzięki wspaniałemu występowi Dawida i reszty drużyny, wszystko skończyło się najlepiej, jak tylko mogło. Wygraliśmy!

Dawid Kubacki, fot. Magda Ciasnowska
Dawid Kubacki, fot. Magda Ciasnowska

Dotarły do nas słuchy, że telewizja nie uraczyła widzów transmisją z ceremonii dekoracji zwycięzców i trzeba przyznać, że jest to ogromna strata. Poza tym, że, oczywiście, zawsze miło patrzy się na takie obrazki jak Polacy na najwyższym stopniu podium, to tym razem hymn odśpiewany a cappella przez zgromadzonych na skoczni kibiców, to było naprawdę coś. W ciągu ostatnich lat miałam szczęście odśpiewywać Mazurka Dąbrowskiego na różnych skoczniach już wiele razy, ale w ten weekend w Wiśle po plecach przeszły mi ciarki. Brzmiało to niesamowicie i szczerze mówiąc, z radością czekałam na obejrzenie telewizyjnego nagrania po powrocie do domu. Niestety, nie było mi to dane, ale jestem pewna, że tamta chwila na stałe zapisze się w pamięci wszystkich kibiców obecnych na skoczni w Malince.

Polacy na najwyższym stopniu podium, fot. Marta Wawrzyniak
Polacy na najwyższym stopniu podium, fot. Marta Wawrzyniak

Po zakończeniu konkursu przyszedł czas na spotkanie z Naszym Bohaterem. Na tę przyjemność trzeba było jednak trochę poczekać, bo (jak to Gwiazda) Dawid musiał najpierw udzielić licznych wywiadów i dopełnić innych zobowiązań. Czekaliśmy jednak cierpliwie, bo sami doskonale wiedzieliśmy, jaka jest cena sławy! Tego dnia na skoczni kibice nie tylko składali nam liczne i serdeczne gratulacje, ale także często prosili nas o pamiątkowe zdjęcia! Poza tym, czekanie zdecydowanie się opłacało, bo Dawid przyniósł nam prosto z podium nowego członka Fanklubu.

My i Nowy Członek Fanklubu, fot. Ewa Knap
My i Nowy Członek Fanklubu, fot. Ewa Knap

Po gratulacjach i (oczywiście) tradycyjnym wspólnym selfie, przyszedł czas na opuszczenie skoczni, chociaż tego dnia bynajmniej nie oznaczało to końca atrakcji. Były jeszcze uciekające autobusy i zamawianie kolacji na trzy minuty przed zamknięciem restauracyjnej kuchni, no i przede wszystkim, świętowanie do białego rana (dosłownie!).

Pamiątkowe selfie musi być!, fot. Dawid Kubacki
Pamiątkowe selfie musi być!, fot. Dawid Kubacki

Dzień 3:  „Ten Kubacki to ma szczęście!”

Jeżeli chodzi o prognozy pogody, to właśnie sobota zapowiadała się najgorzej. Jednak w ten weekend Wisła zdecydowanie nic sobie z tych zapowiedzi nie robiła. Dlatego gdy sobotni poranek powitał nas słońcem i ciepłem, nawet nie byliśmy zdziwieni. Ponownie wybraliśmy się na trening zawodników KS Eve-nement (chociaż dotarcie do skoczni w Wiśle Centrum na dziesiątą rano po wspomnianym świętowaniu, wymagało jeszcze większego samozaparcia niż poprzedniego dnia) i ponownie byliśmy pod wrażeniem wyczynów młodych skoczków, którzy radzili sobie jeszcze lepiej niż w piątek! Ich skoki obserwowaliśmy początkowo z zaimprowizowanej trybuny, ale potem również z wieży trenerskiej i stanowisk sędziowskich.

Gdy wracaliśmy z treningu, wreszcie dopadła nas zapowiadana ulewa. Później, gdy wychodziliśmy na skocznię, niebo było już czyste, ale silny wiatr nie pozostawiał wątpliwości, że w Malince czekają nas opóźnienia i problemy. Nie od tego jest się jednak kibicem, żeby się poddawać! Swoje miejsca zajęliśmy więc jeszcze przed planowanym rozpoczęciem ostatecznie odwołanej serii próbnej. Rozwinęliśmy baner i już fakt, jak trudno było utrzymać go w pionie, gdy wiatr próbował zmienić go w latawiec, świadczył o tym, jak niepomyślne perspektywy się przed nami roztaczały. Kiedy godzinę rozpoczęcia konkursu przesuwano, większość z nas była już niemal pewna, że po kilku takich opóźnieniach zapadnie decyzja o odwołaniu rywalizacji.

Dawid Kubacki, fot. Magda Ciasnowska
Dawid Kubacki, fot. Magda Ciasnowska

Zbliżała się jednak osiemnasta, dalszych komunikatów nie było, kolejni skoczkowie wjeżdżali wyciągiem na górę, a nasz baner jakby nieco mniej usilnie starał się odfrunąć… I tak wiślańska pogoda po raz kolejny zakpiła sobie z naszych pesymistycznych przewidywań. Wyniki były, jak wszyscy wiedzą, równie piękne jak dzień wcześniej, my pękaliśmy z dumy i znów zbieraliśmy gratulacje i komplementy („Ten Kubacki to ma szczęście z tym Fanklubem!”). Nie zabrakło oczywiście okazji do wyrażenia naszej dumy i podziwu osobiście, były też (obowiązkowo!) pamiątkowe zdjęcia (zarówno nasze z Dawidem, jak i kolejnych kibiców z nami).

Gratulacje należą się oczywiście także pozostałym naszym reprezentantom, przede wszystkim Maćkowi, który po zaciętej walce zajął drugą lokatę oraz Stefanowi, który znalazł się tuż za podium. A jeżeli ktoś byłby (zupełnie niepotrzebnie!) zmartwiony wynikiem Kamila, to niech przeczyta komentarz Pana Kierowcy Autobusu, który wiózł nas z powrotem do miasta.

Podium konkursu indywidualnego, fot. Marta Wawrzyniak
Podium konkursu indywidualnego, fot. Marta Wawrzyniak

– No pięknie, pięknie, gratuluję! Słyszałem tylko, że Kamil Stoch miał jakieś problemy, co? Za daleko wylądował, już gdzieś tam w tym lesie, to mu przecież nie mogli zaliczyć! Niech się trochę opanuje chłopak do zimy, ląduje gdzie trzeba i dobrze będzie!

Po tym ważnym ustaleniu przyczyn niepowodzenia naszego Mistrza, nie pozostało już nic innego, jak tylko świętować sukcesy Polaków, na czele z naszą Gwiazdą, która, chyba każdy to przyzna, w ten weekend miała w nogach prawdziwy dynamit. Wiadomo, że to przede wszystkim zasługa ciężkiej pracy na treningach, ale lubimy myśleć, że także gorący doping Fanklubu nie pozostaje bez znaczenia! Tak więc celebracja wspólnego zwycięstwa trwała (znów) do wczesnych godzin porannych, kiedy to, jak w piosence dobrze znanej wielu kibicom w Wiśle, nadszedł koniec, byliśmy wolni i mogliśmy iść (nawet jeżeli nieszczególnie chcieliśmy).

Widzimy się w listopadzie, fot. Marta Wawrzyniak
Widzimy się w listopadzie, fot. Marta Wawrzyniak

W niedzielę rozjechaliśmy się do domów, trochę smutni, że to już koniec, ale pewni, że czeka nas jeszcze wiele pięknych wspólnych chwil – także w Wiśle, już w listopadzie! Ktoś mógłby teraz zauważyć, że przecież są problemy z koniecznym remontem albo zwrócić uwagę na inne potencjalne przeszkody… Ale jeżeli tegoroczne Letnie Grand Prix w Wiśle czegoś nas nauczyło, to właśnie tego, że optymizm popłaca, a nawet najbardziej pesymistyczne prognozy są przecież tylko prognozami.

Magdalena Celuch

Fotografia główna autorstwa Joanny Malinowskiej

Leave a Reply