Tam gdzie latają anioły

Nie dotarłam do Klingenthal, bo tuż przed wyjazdem zmogło mnie choróbsko. Oczywiście długo nie dopuszczałam możliwości, że nie pojadę. Zakupiłam ciepłe odzienie, zwinęłam baner i prawie spakowałam walizkę. Jednak nie pomogło ani spędzenie dwóch dni w łóżku, ani żadne kuracje – w piątek rano paskudny kaszel nadal nie odpuszczał i musiałam się sama przed sobą przyznać, że po prostu nie dam rady wytrzymać tak długiej podróży. Skały nie zjesz, jak to mawia znany Klasyk. Ze smutkiem oznajmiłam dziewczynom, że jednak zostaję. I cały weekend, zamiast u stóp Vogtland Areny, spędziłam kaszląc i popijając herbatkę przed telewizorem.

Połączone siły fanklubów Kamila Stocha i Dawida Kubackiego musiały jednak bardzo za mną tęsknić, skoro już w sobotę dostałam propozycję, żebym w zamian pojechała do Engelberga. 😛 Oczywiście najpierw ochoczo się zgłosiłam, a dopiero później zaczęłam się zastanawiać, jak to właściwie będzie. Bo przecież Gross-Titlis-Schanze dzieli od Krakowa ponad 1300 kilometrów.

Dawid opowiadał mi kiedyś, że jak jedzie się w aucie już ósmą czy dziewiątą godzinę, to człowiek czuje się tak bardzo zmęczony, że nim mu się nie chce i najchętniej to by się położył i leżał (całą rozmowę można przeczytać tutaj). Potwierdzam! Dodam jeszcze, że kiedy jedzie się godzinę czternastą, piętnastą czy szesnastą, to zaczyna się mieć wrażenie, że niektóre odcinki kręgosłupa już nigdy się nie wyprostują. 😉 Ale faktycznie, wystarczy chwilę odpocząć, a zapomina się o wszystkich niedogodnościach i można się pakować w dalszą podróż.

Wyprawa do Engelberga od zawsze znajdowała się na liście moich marzeń. Zimowa aura, przedświąteczna atmosfera i szczęśliwe loty polskich skoczków. Wiedziałam, że kiedyś muszę tam dotrzeć osobiście i zobaczyć wszystko na własne oczy.

dsc09068

Engelberg nazywany jest Górą Aniołów. Czytałam, że jego historia sięga początków XII wieku, kiedy to na tym terenie został założony klasztor benedyktyński. Według legendy miejsce zostało wskazane przez anioły i stąd wzięła się nazwa. Jeśli to prawda, to muszę przyznać, że niebiańskie stworzenia mają świetny gust. I z pewnością dobrze znają się na skokach narciarskich.

Ta malutka miejscowość, licząca nie więcej niż 4 tysiące mieszkańców, położona jest u podnóża góry Titlis, przy lodowcu pokrywającym jej północne zbocze. Obiekt Gross-Titlis z każdej strony otaczają nieprawdopodobnie wysokie szczyty. Przy nich skocznia wydaje się naprawdę malutka i niepozorna. Całość wygląda przepięknie i teraz, gdy patrzę na zdjęcia, mogę tylko westchnąć i dodać, że nie oddają one nawet połowy prawdziwego czaru tego miejsca. Musicie więc uwierzyć mi na słowo.

Prawie do nieba

Mieszkaliśmy w Lucernie, urokliwym miasteczku oddalonym od Engelberga o jakieś 40 minut jazdy. Droga na skocznię nigdy nam się nie dłużyła (może po długiej podróży już nic nie było nam straszne?), bo przez okna mogliśmy podziwiać przepiękne widoki, ośnieżone drzewa, wyglądające jak z reklamy świątecznych zakupów, surowe szczyty i dolinę, którą bezustannie pokrywała wszechobecna mgła. Im bliżej było do Anielskiej Góry, tym powietrze bardziej się przejaśniało. Kasia, członkini Fanklubu – która z mężem przebywała w Englebergu już od kilku dni w podróży poślubnej – mówiła, że nie wiedziała na niebie jeszcze ani jednej chmurki.

Zaskoczyło mnie, że w czasie pierwszych treningów i kwalifikacji dwie niewielkie trybuny Gross-Titlis świeciły pustkami. Widać było tylko nieliczne grupki polskich kibiców. Dołączyli do mnie Nowożeńcy, więc stawiliśmy już porządną trzyosobową siłę fanklubową! Swoją drogą, to niesamowite, że pierwszy raz spotkaliśmy się osobiście tak daleko od Polski. Powiesiliśmy baner – chyba w dobrym miejscu, bo zauważyli nas i polscy dziennikarze (w końcu!), i nawet niemiecka telewizja. A więc tak, w Niemczech już wiedzą, że Dawid Kubacki ma fanklub!

dsc09065

Pierwsze próby pomagały w rozpoznaniu przebudowanego obiektu. Jedni zawodnicy mieli z tym mniej, inni trochę więcej problemów. Polacy nie mogli narzekać. Dawid przystosował się łatwo i latał najdalej z drużyny – w pierwszej serii treningowej był czwarty, w drugiej trzeci, a w kwalifikacjach drugi. Kamil poprawiał się ze skoku na skok. Tylko Maciek Kot zupełnie nie mógł znaleźć sposobu na okiełznanie nowego rozbiegu, więc nie wyglądał na zadowolonego z siebie. W pierwszej dziesiątce co serię było biało-czerwono.

A ja i Kasia odkryłyśmy kilka interesujących szczegółów.

Po pierwsze, nawet jeśli nie znasz niemieckiego, po pewnym czasie zaczynasz rozumieć, o czym mówią na skoczni. 🙂 Ale może nie jest to zasługa naszych talentów językowych, a wyjątkowej ekspresji spikera. Po skoku Dawida ogłoszono, że został on nowym rekordzistą przebudowanej skoczni! Nosił ten tytuł zaledwie kilka chwil, bo tuż po nim Michael Hayboeck poleciał na 141. metr. Przed następnym wyjazdem musimy koniecznie nauczyć się chociaż nazw liczebników, bo to zdecydowanie ułatwi śledzenie odległości.

A po drugie, wreszcie miałyśmy okazję zobaczyć z bliska, jak wyglądają stanowiska telewizyjne i budki komentatorów! W telewizji wszystko wydaje się większe i bardziej przestronne, a tymczasem aż trudno uwierzyć, że dziennikarze mieszczą się w nich i nawzajem sobie nie przeszkadzają.

dsc09041

Z głową w chmurach

Przed sobotnimi zawodami pojechaliśmy na wycieczkę. Chcieliśmy poznać jedną z największych turystycznych atrakcji Szwajcarii, czyli wjazd na lodowiec Titlis na wysokość ponad 3 tysięcy metrów n.p.m. Gdyby ktoś z Was kiedyś się wahał, czy warto zapłacić za dosyć kosztowny bilet, to mogę zapewnić, że warto! Narciarze poczują się tam jak w raju. Albo czyśćcu – jeśli akurat nie mają ze sobą nart.

dsc09078

Jadąc stromą kolejką w górę, wznosimy się ponad chmury i możemy podziwiać to, co w naturze jest najlepsze. Ktoś powiedział, że ze szczytu da się zobaczyć 80% powierzchni Szwajcarii. Ostatni odcinek spędza się w obracającej się wokół własnej osi kolejce gondolowej, a widok temu towarzyszący na długo pozostaje w pamięci. W czasie kilku minut podróży kolejka obraca się o 360 stopni, co pozwala na podziwianie szczytów ze wszystkich stron.

Później można przejść po Titlis Cliff Walk, czyli najwyżej zawieszonym moście w Europie – to przeżycie akurat jest trochę straszne 🙂 (ale tylko troszeczkę). Most wisi 500 metrów nad przepaścią, jest metalowy, ale gdy spojrzy się w dół, to okazuje się przeźroczysty. Kiedy się po nim idzie,  lekko się chwieje. Długi jest na sto metrów, więc wędrówka po nim stanowi wyjątkową atrakcję. Ale i wyzwanie, jeśli  ma się lęk wysokości.

Co by nie mówić, nagroda jest tego warta. Po drugiej stronie mostu znajduje się grota, wykuta w lodowcu. Wydrążono w niej trasę turystyczną, gdzie spaceruje się po lodzie, podziwia zmrożone rzeźby i prawie nie pamięta, że ma się nad głową ze 20 metrów zamarzniętej wody.

Widoki były takie niezwykłe, że naprawdę musieliśmy się pilnować, żeby nie przegapić konkursu!

15555703_1682944965330682_1448848695_n

Tak blisko, a tak daleko

Jeśli ktoś się martwił, że na skoczni będzie pusto, to okazało się, że zupełnie bez powodu! Tuż po serii próbnej, gdy dotarliśmy na miejsce (założywszy wcześniej na siebie kolejną warstwę ciepłych rzeczy), trybuny Wielkiej Titlis już pękały w szwach. Organizatorzy rozdawali wszystkim szwajcarskie flagi, ale i tak nie dało się ukryć, że najwięcej przyjechało polskich kibiców. Znaleźliśmy kawałek wolnego miejsca i rozpoczęliśmy dopingowanie. Doszły nas słuchy, że nasi skoczkowie zdominowali serię próbną. Czterech zameldowało się w dziesiątce, a Kamil Stoch zwyciężył.

v__f19b

Pierwsza seria przebiegła całkiem sprawnie, aż do momentu, gdy miejsce na belce zajął Dawid Kubacki. Przy wielkiej pomocy fanklubowiczów z Proszowic, a szczególnie prezesa Rafała Chmieli (dziękuję!) rozłożyliśmy baner, aby w pełnej oprawie dmuchać pod narty. My walczyliśmy z niesforną płachtą (Kije! Królestwo za porządne kije!), a Dawid siedział i cierpliwie czekał, bo warunki nie pozwalały na oddanie skoku. Czerwone światło i chwila przerwy, potem przedskoczek. Po chwili, która trwała ze dwie godziny, pojawił się na stracie ponownie. Jakiż on był spokojny! Ja na dole z nerwów już chciałam zamknąć oczy, a on na górze odepchnął się od belki, wybił z progu i leciał, leciał, leciał. 135,5 metra dało mu trzecie miejsce za Freitagiem i Ito. Brawo! Dawida wyprzedził jeszcze Michael Hayboeck, a potem… już więcej nikt. Kamil Stoch był siódmy, a Stefan Hula jedenasty. W trzeciej dziesiąte sklasyfikowani zostali jeszcze Maciek Kot i Piotr Żyła.

Dawid już kiedyś był czwarty po pierwszej serii. W niedzielnym konkursie w Lahti w lutym bieżącego roku. Doskonale pamiętałam nasze nerwy przed telewizorem. Alicja oglądała zawody na stojąco, wysyłając mi co chwilę wiadomości, że jak umrze, to wiadomo, kto będzie winien utraty wiceprezesa, ja w napięciu na kilka minut przestałam oddychać (więc nasz zarząd mógł mieć dwa wakaty), a Ida prawie wydeptała dziurę w dywanie w przedpokoju. Ciężkie jest życie kibica. Na trybunach nerwy są mniejsze. A może wcale nie? Tak się niecierpliwiłam, że prawie nie pamiętam tych wcześniejszych dwudziestu sześciu skoków.

Wreszcie przyszedł ten moment, gdy nowe podświetlane tory zabłysły. Z dołu nie widać wyraźnie jak zawodnik puszcza się belki i mknie po rozbiegu. Nie widać też progu, więc w tamtym momencie nie zauważyłam, że Dawid przejechał go i mocno spóźnił odbicie. Ale wyraźnie widać laserową zieloną linię, która oznajmia wszem i wobec, gdzie należy wylądować, aby objąć prowadzenie. I było widać jak daleko przed nią wylądował Dawid.

Przez naszą trybunę przeleciał jęk zawodu.

Czyli nie tym razem.

W tym momencie pomyślałam sobie, jak bardzo samotny jest skoczek. Kibice są tak blisko, ale jednocześnie tak bardzo daleko. Stoimy na trybunach, krzyczymy, trąbimy, machamy flagami, zaciskamy kciuki albo skaczemy przed telewizorem, przeklinamy albo próbujemy wymodlić wiatr, ale tam na szczycie wielkiej skoczni zawodnik sam musi sobie ze wszystkim poradzić. Ze wszystkim – pewnie dokładnie nie wiemy i nie zrozumiemy z czym – i ze sobą.

Po konkursie udało nam się złapać Dawida i zrobić sobie z nim umówione zdjęcie. W końcu byliśmy w samym Engelbergu! Skoczek, nie ma się co dziwić, nie był w najlepszym humorze, a minę miał taką, że gdybyśmy nie byli jego ulubionym Fanklubem, pewnie nie odważylibyśmy się podejść. 😉 Powiedział tylko, że było późno.

wp_20161217_17_44_32_pro

Najbliżej, ale i najdalej od podium. Podobno każde niepowodzenie uczy czegoś nowego. Nie bez powodu mówi się, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Kamil wspominał kiedyś, że aby wygrać raz, wcześniej trzeba przegrać sto razy. Niby to wiemy i powtarzamy, a i tak jesteśmy niecierpliwi. Szczególnie, gdy mamy wrażenie, że niektórzy  wcale nie musieli czekać, tylko od razu im wyszło.

Ale przecież od tego jest Fanklub, żeby wspierać nie tylko w tych momentach, gdy wszyscy biją brawo i schodzi się z podium w blasku fleszy, ale i wtedy, gdy ze spuszczoną głową umyka się ze skoczni.

Spotkałam Dawida kilkanaście minut później na parkingu i był już trochę rozchmurzony. Nawet się uśmiechał. Zapowiadał walkę w kolejnych zawodach. W końcu w niedzielę też był dzień, a kibice z Proszowic już od zakończenia pierwszego konkursu śpiewali, że niedziela będzie dla nas.

Anielsko (nie)cierpliwi

I była. No dobrze, niedziela najbardziej była dla Domena Prevca, ale drugie miejsce Kamila Stocha sprawiło nam wszystkim wiele radości i zdecydowanie umiliło perspektywę wielogodzinnego powrotu do Polski. 🙂

Swoją drogą pomyślelibyście, że z trzech braci Prevców, to tego najstarszego nie będzie w drugiej serii? Nie? No właśnie, Peter chyba też nie. I nawet było mi go żal. Po kilku sezonach na samym szczycie przyszły gorsze skoki, błędy, dalekie lokaty, a żeby się z tym pogodzić, a potem naprawić to, co nie działa i wrócić, potrzeba naprawdę anielskiej cierpliwości. I diabelskiej siły. Przecież Kamil niedawno przechodził to samo. I wrócił! Nie zobaczyłam na żywo Powrotu Króla w Lillehammer, ale piękne skoki, rekord skoczni (niestety odebrany parę minut później 🙁 ) i w rezultacie niedzielne drugie miejsce, wszystko mi wynagrodziło.

15570931_1183967631657966_1520139550_n

Tym razem w drugiej serii mogliśmy zobaczyć czterech Polaków. Po ostatnich konkursach, wydawało się, że trochę mało. Szybko się przyzwyczajamy, prawda? Niestety Stefan Hula, który cały weekend skakał bardzo dobrze, w niedzielę zajął 36. miejsce. Klemens Murańka i Aleksander Zniszczoł po niezbyt udanych próbach uplasowali się pod koniec stawki. Wielka Titlis drugiego dnia była jednak wyjątkowo przewrotna, bo wystarczy wspomnieć, że poza finałem znalazł się bardzo regularny ostatnio Vincent Descombes-Sevoie, będący wysoko w klasyfikacji generalnej Karl Geiger, no i wspomniany już Zdobywca Wszystkiego w ubiegłym sezonie, czyli Peter Prevc. Widocznie Anielska Góra także im postanowiła dać srogą lekcję cierpliwości.

Pierwszy skok Maćka na 137,5 metra dał mu ósme miejsce, ale niestety po krótszej próbie finałowej, został sklasyfikowany na 15. pozycji. W przyrodzie nic nie ginie, więc w tym samym czasie Piotrek Żyła awansował z miejsca dwunastego do pierwszej dziesiątki.

Dawid skakał spokojnie. Po sobotniej huśtawce starał się wrócić do normy i oddawać dobre, solidne skoki, takie do których przyzwyczaił nas w tym sezonie.

Czasem trzeba zrobić mały krok w tył, żeby ponownie ruszyć do przodu. Wiemy, że kiedyś będziemy pić razem szampana na skoczni.  Cierpliwości.

Ewa Knap

Wszystkie fotografie pochodzą z archiwum własnego.

Leave a Reply