Każdy z kibiców skoków narciarskich zapytany o to, w jakim stylu skaczą zawodnicy, bez wahania odpowie:

– W stylu V!

Skoki narciarskie przez lata przechodziły prawdziwą metamorfozę, aż dotarły do momentu, w którym się obecnie znajdują.

Jednak jak to właściwie było z tym stylem V? Kto pierwszy wpadł na pomysł, że pozycja klasyczna z równolegle ułożonymi nartami i wychyloną sylwetką, to niekoniecznie dobre rozwiązanie i że coś jeszcze można ulepszyć? A może stało się to przypadkiem?

Wrzucając pytanie w Internet, dowiadujemy się, że wymyślenie stylu V przypisuje się  słynnemu szwedzkiemu skoczkowi, Janowi Boklövowi.

Kim był rzekomy prekursor nowego sposobu skakania?

Boklöv urodził się 1966 roku i już jako czterolatek pasjonował się nartami. Trenował przez lata, ale nie odnosił znaczących sukcesów. Przełomem w jego życiu stał się 1985 rok, kiedy to, podczas konkursu w Lahti, uległ niezwykle niebezpiecznemu wypadkowi. Zniesiony ze skoczni, półżywy, natychmiast stał się rozpoznawalny w środowisku narciarskim jako ten, który o mało się nie zabił.

Jednak co to była za sława? Kogo by usatysfakcjonowała? Na pewno nie Boklöva, który najszybciej jak się dało, powrócił do treningów, aby udowodnić sobie oraz innym, że będzie znany również z odnoszonych sukcesów. Kiedy miał 19 lat w jego życiu i karierze nastąpił wreszcie przełom. Nic planowanego. Zupełny przypadek. Po prostu podczas skoku treningowego w Falun narty rozsunęły mu się na boki, tworząc słynne już teraz V i zawodnik, ku zdziwieniu wszystkich, skoczył 10 metrów dalej niż zwykle na igielicie. Zachwyt, zaciekawienie, niedowierzanie, mieszały się z rozdrażnieniem, zgorszeniem i irytacją światka sędziowskiego.

– Skoczkowie mają skakać ze złączonymi nogami i basta – bulwersowali się członkowie jury.

Tak i basta!, fot. Danilo Skofic, źródło: Wikimedia Commons

Ówczesny szef FIS, Torbjoren Yggeseth, nawet zakazał nagradzania wysokimi notami skoków w stylu V. Nikogo nie przekonywały badania naukowe, w których wykazano, że powierzchnia nośna skoczka przy zastosowaniu stylu V, jest aż o 35% większa, niż przy skoku, w którym narty prowadzone są równolegle. Nie przekonywało większe bezpieczeństwo skoku. Twardy mur tradycji nie pozwalał zrewolucjonizować skoków. Noty były obniżane, irytacja sędziów rosła, ale coraz więcej zawodników przekonywało się, że styl V, to krok w dobrym kierunku. Kolejnych argumentów dostarczył im sam Boklöv, który 10 grudnia 1988 roku, jako pierwszy Szwed w historii wygrał konkurs Pucharu Świata, wypowiadając tym samym wojnę skostniałym tradycjonalistom. Wypełnił obietnicę, którą pomimo ironicznego uśmiechu na twarzach sędziów, trenerów i kolegów złożył w połowie lat osiemdziesiątych.

– Będę jednym z trzech najlepszych skoczków na świecie – przekonywał.

I w sezonie 1988/1989 spełnił swoje „groźby”, zostając zwycięzcą całego cyklu Pucharu Świata. Nie tylko znalazł się w czołówce światowych skoków – był najlepszy.

Po zakończeniu kariery sportowej Boklöv osiadł na przedmieściach Sztokholmu i rozpoczął pracę w przedszkolu. Jak mówi:

– Skoków nie oglądam już nawet w telewizji.

I tak mogłaby zakończyć się piękna opowieść o rewolucji w skokach, ale wiele wskazuje na to, że to jednak nie słynny Szwed był pomysłodawcą stylu V.

W takim razie kto? Norweg? Austriak? Japończyk? A może świecący triumfy Fin czy Niemiec? Nic bardziej mylnego… Czyżby więc Polak?

Tak, także nam skoki narciarskie zawdzięczają bardzo wiele.

Kiedy na skoczniach świata, Jan Boklöv zaczął promować rewolucyjny jak na tamte czasy styl, a sędziowie uparcie odejmowali mu punkty, w Polsce przypomniano sobie, że kiedyś był ktoś, kto wcześniej próbował skakać nowym sposobem. Już w latach siedemdziesiątych prasa rozpisywała się o zawodniku ze Szklarskiej Poręby, który choć ląduje daleko, to używa stylu, który, jak mawiał dziennikarz sportowy, Jerzy Mrzygłód „czasami chciałoby się nazwać rozpaczliwym”.

Mirosław Graf – rodzony we lwowskiej rodzinie muzyków, Góral w pierwszym pokoleniu, wychowanek trenera  Franciszka Szczyrbaka, zawodnik klubu Julia Szklarska Poręba – już dziesięć lat przed utalentowanym Szwedem, próbował oswoić świat skoków z falującymi nartami, nad którymi, zdaniem jury, nie można było zapanować. Sędziowie z przerażeniem patrzyli na to, co wyrabia młodzieniec z Polski, w konsekwencji obniżając mu noty; cenili przecież tylko tych zawodników, którzy szybowali „na baczność”. Mirosław Graf, z którym udało mi się skontaktować, i który zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań, wspomina:

– Wtedy wszyscy skakali z nartami prowadzonymi równolegle w powietrzu. Oczywiście, że obserwowaliśmy innych. Wręcz chcieliśmy ich naśladować skakać lepiej, dalej. Ubieraliśmy się jak oni.

Mirosław Graf

Wszelkie nowinki środowisko przyjmowało bardzo opornie.

– Koledzy na skoczni niekiedy podziwiali mnie,  obawiali się o bezpieczeństwo, a innym razem śmiali się – dodaje skoczek. – Sędziowie nisko oceniali moje skoki, dając 13-14 punktów. Bali się, że się zabiję, bo przecież narty latały mi bez kontroli.

Co czuje zawodnik, któremu intuicja podpowiada, że robi dobrze, że podąża właściwą drogą, a dodatkowo wyniki mówią same za siebie, ale działacze wciąż rzucają mu kłody pod nogi? Mirosław Graf wie to najlepiej:

– Co czułem? Im dalej skakałem, a przegrywałem, tym bardziej miałem tego dość! Denerwowałem się i nie mogłem z tym pogodzić. Tak, to była złość i niemoc oraz bezradność. Skaczesz daleko, a przegrywasz. Nigdy tego nie rozumiałem. Bo przecież, jak ktoś skacze daleko, to wygrywa, w skokach narciarskich jednak nie.

Prosty przykład: Puchar Karkonoszy zdobył Janusz Duda z Zakopanego (238,8 pkt.) za skoki o długości 67,5 oraz 69 metrów, mimo iż najdłuższe próby, czyli 69 i 68,5 metrów były dziełem właśnie Grafa, który zmagania zakończył dopiero na 4. miejscu z notą 229,6 pkt.

Ale skąd u zawodnika ze Szklarskiej Poręby decyzja o wprowadzeniu zmiany w stylu skakania?

Sprawa okazuje się prosta – w 1969 roku, w wyniku upadku na skoczni, Graf doznał skręcenia stawu skokowego i w jego wyniku musiał oddawać skoki w inny sposób niż dotychczas. Czyli tak samo, jak u Jana Boklöva nie chodziło o zamierzone plany, tylko o zupełny przypadek.

Nie trudno się domyślić, że trenerzy nie byli zachwyceni nowinkami i choć widzieli, że dzięki takiemu prowadzeniu nart odległości są dalsze, a zawodnik skacze bezpieczniej, starali się oduczyć go tego „błędu”, polecali mu chodzenie ze stopami ku sobie i montowali „szczęki” wiązań skierowane do środka.

Mimo oporów świata narciarskiego Graf, skacząc swoim nowym stylem, ustanowił kilka rekordów skoczni, m.in. w Miłkowie (56 m), w Kottmar, w Karpaczu (73,5 m) i w Lubawce (75,5 m), a sędziowie niejednokrotnie mieli problem z pomiarem, gdyż numerki oznaczające odległość zostawały daleko w tyle za miejscem lądowania.

Dlaczego więc, to Jan Boklöv jest uznawany za ojca stylu V? Dlaczego to on przeszedł do historii i to z nim świat kojarzy początki takiego skakania?

Wiąże się to z faktem, że Polak nie miał szans na zrobienie międzynarodowej kariery, nie przebił się do czołówki światowych skoków. Choć jak wspomina:

– Większość treningów odbywałem w Czechosłowacji, w Harrachovie. W Memoriale Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny skakała niekiedy czołówka światowa, a także w Pucharze Beskidów, czy Pucharze Przyjaźni. Na obozach sportowych w Austrii miałem  możliwość trenowania na jednej skoczni w Mühlbach z Ernstem Vettorim, Hans-Georgem Aschenbachem czy Yukijo Kasayą i innymi. Właśnie tam Austriacy chcieli dowiedzieć się, dlaczego tak prowadzę narty. Coś kombinowali przy moim sprzęcie. To był rok 1976.

Mirosław Graf skaczący w skandalicznym stylu V

W przeciwieństwie do Szweda, który w swoim kraju miał niewielką konkurencję i dzięki temu startował wszędzie, Graf musiał walczyć o miejsce w drużynie. Trenerzy nie wysłali go na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 1980 r. do Lake Placid, bo nie akceptowali jego stylu skakania i nie chcieli się ośmieszyć. Mirosław Graf mówi:

– W trakcie eliminacji olimpijskich trener kadry, Tadeusz Kołder, ciągle mi powtarzał: „Jeżeli zmienisz ten styl – pojedziesz do Lake Placid. Możesz pomyśleć o zawodach najwyższej rangi dopiero, jak będziesz prowadzić narty równo”.

Naciski trenerów by „skakał normalnie” spowodowały, że wyniki zawodnika były coraz słabsze, a zachwyt nad jego talentem osłabł. W Polsce przegrywał z Piotrem Fijasem, Stanisławem Bobakiem, Kazimierzem Długopolskim oraz braćmi Tajnerami. Ta sytuacja spowodowała, że w wieku zaledwie 23 lat Mirosław Graf postanowił odwiesić narty na kołek. Paradoksalnie, była to dobra decyzja, ponieważ kilka lat później wykryto u niego poważną chorobę serca, której efektem była operacja wszczepienia bajpasów.

Mirosław Graf – Burmistrz Szklarskiej Poręby

Po zakończeniu kariery, Mirosław Graf pracował jako trener skoczków i dwuboistów, prezes klubów, nauczyciel WF, a następnie jako działacz sportowy i samorządowy. Obecnie, od 2014 roku, jest burmistrzem Szklarskiej Poręby, a jego marzenie to zorganizowanie Igrzysk Olimpijskich w Polsce.

A zapytany o to, czy nie żałuje tego, jak potoczyła się jego historia, odpowiedział:

– Troszeczkę tak. Ale nie tego, że nie zostałem okrzyknięty „prekursorem stylu V”, ale tej wspaniałej przygody, jaką były skoki narciarskie. Coś było, coś się skończyło.

Jednak nam kibicom trochę żal, że styl V nie jest na świecie znany jako polski wynalazek. Cały świat zna nazwiska Fortuny, Małysza i Stocha, a wśród nich powinien znaleźć się jeszcze jeden zawodnik – Mirosław Graf.

Panie Mirosławie, będziemy pamiętać…

Leave a Reply