Kiedy skoczek siada na belce, jest sam. Od jego umiejętności, koncentracji i aktualnej formy zależy to, jaki odda skok. Jednak mimo tego wielkiego indywidualizmu, zawodnicy ciągle przebywają i trenują w grupie. Dawid Kubacki tym razem opowiedział nam o plusach funkcjonowania w drużynie. O tym, co właściwie myśli o swoich kolegach i jak to jest, kiedy wygrywa się w dublecie. Zapraszamy!

– Mówi się, że skoki narciarskie to sport wybitnie indywidualny. Po co w takim razie skoczkowie potrzebują drużyny?

– Zgadza się. Skoki to rzeczywiście sport indywidualny, chociaż z elementami drużynowymi, bo w sezonie jest jednak kilka konkursów drużynowych. I one też się liczą, i też są fajne. Dają radość nie tylko nam, ale również kibicom. Poza tym samotne trenowanie nie byłoby dobre nawet ze sportowego punktu widzenia. Funkcjonowanie w zespole, który zajmuje się tym samym, sprawia, że jeden goni drugiego, jeden drugiego podgląda i jeśli w grupie są dobrzy zawodnicy, to reszta też podnosi swój poziom. Każdy każdego troszeczkę ciągnie do góry i u każdego można coś podpatrzeć. Poza tym można uzyskać wsparcie i radę, gdy coś kogoś gryzie. Wydaje mi się, że to największy plus wspólnego trenowania.

– Spędzacie ze sobą dużo czasu?

– Spotykamy się ze sobą chyba częściej niż z bliskimi, więc wszyscy traktujemy się jak jedna wielka rodzina. Znamy się na tyle długo, że czasem nawet ciężko byłoby bez siebie żyć. To nie jest tak, że jeździmy wspólnie na obozy tylko dlatego, że musimy. Bo akurat jedzie grupa i trzeba z tymi „ludziami” być (śmiech). Myślę, że jesteśmy tak bardzo zżyci ze sobą, że inaczej chyba byśmy już nie umieli funkcjonować. Często nawet wtedy, kiedy mamy wolne i kiedy możemy odpocząć, to i tak wszyscy razem jedziemy na wakacje. Cały czas utrzymujemy ze sobą kontakt.

ci0a9862
Wakacyjny wyjazd w Bieszczady z zawodnikami Klubu Sportowego Eve-nement Zakopane, fot. Ewa Bilan-Stoch.

– To znaczy, że poza skocznią się przyjaźnicie?

– Tak, ta przyjaźń między nami jest. Często się spotykamy, także po sezonie – na kawę czy na herbatę, czasami się odwiedzamy albo idziemy razem na obiad do restauracji. Wiadomo, że w trakcie sezonu pojawiają się momenty, że ma się wszystkich dość. Jednak prawda jest taka, że człowiek dwa dni spędzi w domu i już jest ok. Już można z powrotem funkcjonować w gronie tych osób, bawić się i trenować.

– A czy utrzymujecie poza sezonem kontakt z zawodnikami z innych krajów?

– Oni mieszkają w innych rejonach świata i w związku z tym jest problem, żeby przejechać się na kawę albo odwiedzić. Myślę, że to jest główna bariera. Widujemy się za to na obozach, na treningach, na zawodach. Na skoczni jesteśmy kolegami, ale ciężko powiedzieć, żeby to była jakaś wielka przyjaźń. Chociaż oczywiście mówię w swoim imieniu, bo wiem, że są zawodnicy, którzy tak właśnie międzykrajowo potrafią przyjechać się do siebie, czy wybrać się wspólnie na wakacje, więc bliższe znajomości też się zdarzają.

– Czy „dobra atmosfera” w drużynie, o której tak często się słyszy, naprawdę ma znaczenie?

– Ma znaczenie i to bardzo duże. To nie jest tak, że atmosfera psuje się wtedy, kiedy nam nie idzie. Powiedziałbym raczej, że jak atmosfera zaczyna psuć się, to wtedy może nie iść. Problemy wewnątrz grupy odbijają się na jej członkach bez wyjątku, dlatego warto je rozwiązywać jak najwcześniej. Wiadomo, że jak coś się zaczyna psuć, to człowiek traci motywację i troszkę zaufania. A to się oczywiście odbija na jakości treningów i na jakości skakania na zawodach. I to u wszystkich. Dla odmiany dobra atmosfera w grupie pomaga osiągać dobre rezultaty.

dsc07817
Polacy po zwycięstwie w konkursie drużynowym w Klingenthal, fot. Joanna Malinowska.

– Jaki wpływ mają na zawodnika sukcesy kolegów z drużyny? Cieszą? Motywują? Czy wręcz przeciwnie?

– Nieraz powtarzałem, że każdy sukces indywidualny – czy to mój, czy kolegi z drużyny – bardzo motywuje. Wiadomo, własny dobry wynik raduje najbardziej. Ale jeśli wygrywa kolega, to ja się też z tego cieszę, bo to pokazuje dużo dobrych rzeczy. Przede wszystkim, że nasze treningi przynoszą efekty. Że pocimy się na siłowni, trenujemy, staramy się nie na darmo. Poza tym sukcesy podnoszą wiarę w to, co się robi i motywują do dalszej pracy. No i to też jest po prostu radość. Bo jeśli kolega zdobywa coś fajnego, dla mnie też to jest radosne wydarzenie.

– Ostatnio w Lillehammer Kamil Stoch wygrał konkurs przed Maćkiem Kotem, a w lecie, w Hinzenbach, to Ty i Maciek zwyciężyliście w dublecie. Gdy jesteś drugi, to lepiej żeby pierwszy był kolega z drużyny, czy inny zawodnik?

– Wiadomo, że zaraz po konkursie w Hinzenbach to Maciek trochę mi dokuczał (śmiech). Pamiętam, że musiał się popisywać, że nie dał mi wygrać (śmiech). Wygrał w lecie prawie wszystkie konkursy, a jak się przysunąłem do niego poziomem, to nie pozwolił zwyciężyć! Ale to jest takie, wiadomo, żartobliwe podgryzanie. Ja każdy konkurs rozpatruję indywidualnie. Czy zrobiłem wszystko na tyle dobrze, na ile mogłem w tym dniu? Pamiętam, że akurat z tego konkursu w Hinzenbach byłem zadowolony, bo uważałem, że zrobiłem na skoczni to, co potrafiłem i już nie dałbym rady zrobić nic więcej, choćbym nie wiem jak się starał. A Maciek pokazał, że jego forma była na bardzo wysokim poziomie i był po prostu lepszy. I gratulacje mu się należały, więc mu pogratulowałem. A to, że byliśmy na pierwszych dwóch miejscach, to też jest, myślę, fajne dla całej grupy, bo pokazuje, że każdy z nas może obecnie walczyć o czołowe lokaty. Zresztą zaraz w pierwszej dziesiątce znalazł się też Kamil, już nie pamiętam dokładnie, ale reszta naszych też chyba była blisko, więc mieliśmy się z czego cieszyć.

– Później czekaliśmy w Klingenthal na trzech na podium! Ale może jeszcze kiedyś będzie okazja.

– No może będzie. Na zimę sobie zostawiliśmy (śmiech).

dsc02519
Podium konkursu drużynowego w czasie Mistrzostw Polski w Wiśle w 2016 roku, fot. Joanna Malinowska.

– A na skoczni rozmawiacie, czy każdy jest skupiony na sobie i wyłączony?

– Każdy ma swój sposób przygotowywania się do skoków i w zależności od tego, ile mu potrzeba na to czasu, to tyle wcześniej wyłącza się z rozmów. Ale często jest tak, że na górze, czy w ogóle na skoczni, w hotelu, rozmawiamy ze sobą, śmiejemy się, żartujemy. To jest takie koleżeństwo ogólnoświatowe. Nie spotkałem się z tym, żeby ktoś był z kimś na wojennej stopie. Wszystko odbywa się po koleżeńsku.

– Czy obecność kolegów pomaga zawodnikowi w czasie startu? Czasami się zdarza, że jest się jedynym zawodnikiem z drużyny w drugiej serii…

Takie sytuacje na szczęście zdarzają się rzadko, a jak już, to jest to bardzo smutne wydarzenie. Wiadomo, że jak człowiek znajdzie się w tej grupie, która nie skacze w drugiej serii, to nie ma najlepszego humoru. Zawsze jest zły na siebie, czasem na warunki, czy jeszcze na coś innego, bo na pewno pojawił się błąd. Oczywiście atmosfera w szatni nie jest najlepsza. A ten zawodnik, który jako jedyny skacze, po prostu musi pokazać swój poziom. Robi to, co ma robić, nie zważając na to, czy inni się dostali, czy nie. Jak już wcześniej wspominaliśmy, skoki to sport indywidualny, więc w takim wypadku każdy musi patrzeć na siebie, a nie na to jak wypadli inni. Każdy pracuje na siebie. Generalnie mamy zasadę, że się razem nie rozgrzewamy, więc kiedy człowiek musi sam polecieć na tę rozgrzewkę, to nie czuje się tak źle.

– A gdy zdarza się najsmutniejsza rzecz, czyli w ogóle nie startujesz w konkursie, bo jesteś rezerwowym albo nie przeszedłeś kwalifikacji, to oglądasz zawody, w których skaczą koledzy?

– Wszystko zależy od warunków. Jeśli pogoda jest w porządku i można gdzieś oglądać zawody w komfortowych warunkach, jak najbardziej jedzie się na skocznię, żeby kibicować i dmuchać kolegom pod narty. Ale jeżeli jest zimno, wieje, leje i nie ma miejsca, żeby spokojnie usiąść, tylko trzeba byłoby marznąć, to wtedy lepiej zostać w hotelu. Te parę godzin stania na zimnie nie wpłynie przecież dobrze ani na samopoczucie, ani na zdrowie. W ten sposób się to kalkuluje. Ale jeżeli się nie jedzie na skocznię, to ogląda się w telewizji i kibicuje z pozycji łóżkowej (śmiech).

planica_druzyna
Dawid Kubacki w czasie konkursu drużynowego w Bad Mitterndorf, fot. Ewa Bilan-Stoch.

– A kiedy bardziej się stresujecie – przed występem w konkursie drużynowym czy indywidualnym?

Wszystko zależy od zawodnika i jego podejścia. Ja akurat lubię konkursy drużynowe i dla mnie nie różnią się one niczym od konkursów indywidualnych. Mam takie samo zadanie jak w konkursie indywidualnym – idę i robię to, co potrafię. To, czego się nauczyłem na treningach. Nie więcej, nie mniej. I to jest klucz do sukcesu. Wiem, że są zawodnicy, którzy w drużynówkach potrafią się spiąć, bo a nuż zepsuję i co będzie? Bo mnie wtedy koledzy zjedzą albo coś. I to jest troszeczkę taka wredna pułapka. Pamiętam, że mnie konkursy drużynowe zawsze podbudowywały, że zawsze tłumaczyłem sobie – nawet zanim jeszcze zacząłem współpracę z psychologiem – że nie mam wpływu na to, jak skoczą koledzy. Dlatego po prostu szedłem i robiłem swoje. I to, paradoksalnie, pozwalało mi podejść bardziej na luzie do konkursu drużynowego, niż do indywidualnego. Teraz, kiedy pracuję z psychologiem, do drużynówki podchodzę tak samo, jak do każdych innych zawodów. Koncepcja skakania się nie zmienia. Trzeba przyjść i po prostu wykonać normalny skok. I tyle.

Rozmawiała Ewa Knap

c.d.n.

Fotografia główna autorstwa Magdy Ciasnowskiej.

Pierwsza część wywiadu z Dawidem Kubackim pt. „Zmiany” – zobacz.

Leave a Reply