Powiem szczerze, że przez ostatni weekend czułam się dziwnie i trochę nie na swoim miejscu. W Zakopanem rozgrywała się kolejna odsłona Pucharu Świata w skokach, a ja siedziałam w domu i oglądałam zawody w telewizji. Poprzednio robiłam to cztery lata temu, zdążyłam się więc odzwyczaić. Ale cóż, czasem w życiu tak bywa, że trzeba z czegoś zrezygnować. W tym roku musiałam zrezygnować z Zakopanego.

Przez całe trzy dni miotały mną uczucia ambiwalentne. Z jednej strony ogromnie żałowałam, że jeszcze nie udało mi się opanować sztuki teleportacji, bo wtedy mogłabym spokojnie zrobić palcami „pstryk” i przenieść się pod Wielką Krokiew. Z drugiej zaś… Może jednak po kolei. Przynajmniej postaram się wytłumaczyć, za co właściwie kocham Zakopane, a za co, tak naprawdę, go nie znoszę. Uczucia ambiwalentne, mówiłam… 🙂

Na zawody do tatrzańskiej stolicy po raz pierwszy w życiu przyjechałam w styczniu 2015 roku. Tak, dokładnie w tym pamiętnym styczniu, kiedy… Ale nie, historii o powstaniu Fanklubu po raz enty nie będę Wam już opowiadać.

Z archiwum pre-Fanklubu, Zakopane 2015, fot. E. Knap

W każdym razie lądując w Zakopanem, miałam za sobą letnią Wisłę i już mniej więcej wiedziałam, jak w ogóle może wyglądać taka impreza. Pamiętam, że w dniu kwalifikacji gwiździło jak w przysłowiowych okolicach Gór Świętokrzyskich, więc oczywiście żadnych skoków nie było. I całe szczęście, gdyż ja, zupełnie nieświadoma okoliczności przyrody (jednak skoki latem to niedokładnie to samo, co w styczniu), ubrałam się zdecydowanie zbyt lekko i w ciągu kilkunastu minut zdążyłam tak zmarznąć, że marzyłam tylko o tym, żeby wrócić do domu i schować się pod kocem. Na własnej skórze poznałam wtedy podstawową zasadę kibica – nieważne, ile warstw odzieży masz na sobie, zawsze jest co najmniej o jedną za mało. 😛

Generalnie, to właśnie robienie z siebie cebuli jest jedną z tych rzeczy, których nie lubię. Bo trzeba włożyć dwie pary skarpet i ze cztery swetry i potem leźć w tym wszystkim na skocznię przez pół miasta i pod górę, spocić się, zadyszeć, a po jakiejś godzinie stania na zimnie, stwierdzić ze zdziwieniem, że należy wyciągnąć z torby jeszcze jeden polar. Nie wspomnę już nawet o tym, jak mocno ciągnie od podłoża i ile oberków trzeba zatańczyć w miejscu, żeby nie odmrozić sobie małego palca u nogi. Ewentualnie innej części ciała. Nie, wcale nie żartuję. Trzy lata temu odmroziłam sobie – chyba można tak powiedzieć? –  ząb, który na oko dentysty wyglądał całkiem zdrowo i skończyło się to wielkim rwaniem po powrocie do domu.

Druga rzecz, której w Zakopanem nie znoszę, to – wspomniane już – łażenie pod górę. Nic nie poradzę, jestem stuprocentową Pyzą Mazowiecką, po mieczu i po kądzieli. Chyba więc nic dziwnego, że w moim pojęciu góry nie służą do chodzenia. Jestem przyzwyczajona do krajobrazu płaskiego jak stół i chodników takoż. A tymczasem w Zakopanem, jakimś cudem, wszędzie jest pod górę (w Wiśle na szczęście pod górę jest tylko wtedy, gdy skręci się w bok. Albo zachce się leźć do Hotelu Gołębiewskiego. 😛 ). Moja nizinna dusza, a przede wszystkim ciało, cierpią więc straszliwie, kiedy muszę iść pod tę górę, po tym śniegu, z wywieszonym jęzorem. Brr, normalna masakra. Całe szczęście, że czasem udaje się zamówić taksówkę.

Trybuny pod Wielką Krokowią w 2017 roku, fot. A. Kosman

Trzecią rzeczą, której nie lubię i która mnie przeraża, jest tłum. Powiem szczerze, że do tej pory nie potrafię zrozumieć, jakim w ogóle cudem jestem w stanie zdobyć się na to, aby po dobroci w ten tłum wejść – przez większą część życia starałam się unikać wielkich zgromadzeń. W ubiegłym roku – podejrzewam, że także i w tym – na trybunach był taki ścisk, że chyba nie dałoby się wsunąć nawet szpilki. Pamiętam, że kiedy obejrzałam się za siebie – akurat staliśmy na samym dole – i zobaczyłam tę masę ludzi, autentycznie zrobiło mi się słabo.

Za każdym razem, kiedy bezpiecznie wydostanę się z sektora C na ulicę, myślę, że to istny cud, że nikomu tam, na tym oblodzonym mostku albo w tym wąskim, wyślizganym przejściu, nic się nie stało. Wystarczyłaby przecież chwila paniki lub zwykłej nieuwagi i nieszczęście gotowe.

Wieczorem zaś nie można zjeść w spokoju kolacji, bo we wszystkich knajpach jest tłok, a prawie nigdzie nie przyjmują wcześniejszych rezerwacji. W ubiegłym roku wpadliśmy na „genialny” pomysł i zamówiliśmy pizzę z dowozem do hotelu. Przyjechała po czterech godzinach, kiedy już prawie konaliśmy z głodu. 😛

Wielka Krokiew po zmroku, fot. A. Kosman

Czwarta rzecz, to ochrona na skoczni. Nie, nie jest tak, że Państwa Ochroniarstwa nie lubię, po prostu nie rozumiem zasad, na jakich działają. W ubiegłym roku jednej z moich koleżanek nie pozwolili wnieść na skocznię aparatu. Za to inna osoba swój, bardzo podobny, przemyciła bez najmniejszego problemu, gdyż przezornie zakopała go w ubrania na samym dnie plecaka. Zabierają ludziom butelki z wodą, a przeoczają hektolitry alkoholu, który potem w trakcie zawodów leje się strumieniami. A kiedyś z uporem wartym lepszej sprawy grzebali nam w torbie wypełnionej różowymi wafelkami. O tym, żeby zostać na skoczni dłużej, niż ochrona przewiduje, to już nawet nie ma co marzyć. W tym roku podobno poważnie wzięli się za rekwirowanie kijów od transparentów. W sumie racja, to jest bardzo niebezpieczna broń. 😛 Szkoda tylko, że po raz kolejny musimy kupować nowe.

Pijanych kibiców też oczywiście nie znoszę. Zwłaszcza takich, którym w stanie radosnego upojenia (a może w normalnym stanie też) wydaje się, że wszystko im wolno. Że mogą się wszędzie wepchnąć ze swoją pomazaną flagą, na każdego nadepnąć, zatrąbić każdemu prosto w ucho, każdego popchnąć, robić różne fikołki i ewolucje, nie myśląc o niczyim, także swoim, bezpieczeństwie. I że bezkarnie mogą zbluzgać każdego, kto ośmieli się zwrócić im uwagę. Wszak oni przyjechali tutaj się bawić i żadne reguły nie obowiązują! No cóż, chyba moja definicja zabawy jest zupełnie inna. 😛 O rzekomych fanach, którzy nie potrafią rozpoznać żadnego skoczka, to już nawet nie chce mi się pisać.

Ani szpilki!, fot. A. Kosman

W tym roku dodatkowo nie podobało mi się wszystko, co działo się z biletami na zawody. Pojawiły się w sprzedaży już w lipcu 2017, zniknęły błyskawicznie jak sen złoty, a potem – niespodzianka! – wypłynęły w Internecie. Tyle że w cenie czterokrotnie wyższej od regularnej. I nikt nie mógł nic z tym zrobić, nawet policja rozłożyła ręce.

Dlaczego więc przyjeżdżam do tego Zakopca, skoro przeszkadza mi aż tyle rzeczy? Chyba dlatego, że to miasto kojarzy mi się przede wszystkim z ludźmi, których lubię. Z moją przyjaciółką Madzią, z którą pojechałam na Puchar Świata po raz pierwszy, i która potem orzekła, że lato i Wisła są OK, ale nikt jej więcej nie zmusi do wyjazdów na skoki zimą. 😛 Z moimi dwiema Wiceprezeskami czyli Ewą i Alicją, dzięki którym po raz kolejny przekonałam się, że porozumienie nie ma wieku. Z Kingą, którą właściwie można nazwać matką chrzestną Fanklubu. Z Joanną, którą wciąż widzę stojącą na skoczni w fińskim szaliku i z niemiecką flagą. Z Magdą i Klarą, które kiedyś zatrzymały się obok nas przypadkiem, a kilka miesięcy później były już w Fanklubie. Z roześmianą Kasią dającą popis wokalny na skoczni. Z Pawłem i Mateuszem, czyli naszym męskim wsparciem. Naprawdę mogłabym tak wymieniać bardzo długo.

Fanklubowa ekipa A. D. 2017, fot. E. Bilan-Stoch

Z ludźmi oczywiście łączą się przygody. W Zakopanem zawsze dzieje się coś, co przechodzi do historii Fanklubu i jest potem opowiadane kolejnym dołączającym do nas „pokoleniom” jak wspomnienia kombatanckie. A to o tym, jak wiozłam Polskim Busem z Warszawy trzymetrowe kije do banera, a potem, już na miejscu, kroiłam je chlebem do pieczywa, bo jednak okazały się za długie. O odmrażaniu rzeczonego banera po zawodach – miał on bowiem taką przypadłość, że zamarzał na kość. A to o wieczornym wjeżdżaniu na szczyt Wielkiej Krokwi i – dla odmiany – gnaniu na nią o szóstej rano na spotkanie z telewizją (i o tym, że ja, bezczelny Prezes, obejrzałam sobie to spotkanie w hotelu, leżąc w łóżku :P). I jeszcze o mniej lub bardziej przypadkowych spotkaniach ze skoczkami, ze szczególnym uwzględnieniem Dawida.

Z roku na rok liczba opowieści rośnie. Coraz więcej miejsc w mieście z czymś nam się kojarzy. Coraz więcej rzeczy sprawia, że wspólnie się śmiejemy. Coraz więcej mamy wspólnych skojarzeń.

Bo nie ma jak cieszyć się w Zakopanem, rok 2017, fot. E. Bilan-Stoch

No i jeszcze zakopiańska atmosfera. Szczerze mówiąc, trudno ją zdefiniować i stwierdzić, co właściwie się na nią składa. Jednak muszę przyznać, że w powietrzu wisi tam coś takiego, że człowiek się uzależnia. I kiedy już wraca po konkursie spod skoczni, to choć umordowany, wymarznięty i głodny, to jest wręcz nieziemsko szczęśliwy. I chce mu się śmiać i śpiewać jednocześnie.

Zwłaszcza, kiedy naszym skoczkom dobrze idzie. Bo oni chyba nigdzie tak pięknie nie cieszą się z sukcesów, jak w Zakopanem. No i kiedy wygrywają, można wysłuchać tam Mazurka Dąbrowskiego. Odśpiewany a capella przez ponad dwadzieścia tysięcy ludzi, robi na żywo niesamowite wrażenie.

Wielka Krokiew, nawet pusta, robi wrażenie, fot. E. Knap

Żałuję, że nie mogłam usłyszeć go w tym roku. Żałuję, że nie widziałam na własne oczy tej historycznej zwycięskiej drużynówki. Że nie przeżywałam pod skocznią i razem z Fanklubem, drugiego skoku Stefana Huli.

Ale – jak to powiedziała Alicja, która tym razem też nie mogła pojechać – w przyszłym roku sobie odbijemy. Howgh.

I jeszcze jedno… Najbardziej ze wszystkiego nie znoszę poniedziałkowego poranka w Zakopanem, kiedy to muszę spakować walizkę, wymeldować się z hotelu i powędrować na dworzec autobusowy ze świadomością, że zabawa właśnie się skończyła, i że przyjadę tu dopiero za rok. Albo nawet i za dwa. Ech.

Fotografia główna autorstwa Alicji Kosman.

Comments (1)

  1. Hej! Ciesze sie że napisała Pani ten tekst, bo tak bardzo sie z nim utozsamiam. Nie pojechałam w tym roku po raz od 9 lat i az mnie skręcało przed tv. Bo to w końcu Zakopane. Nawet z tymi trabkami, kibicami w stanie upojenia, ochrona zabierajaca jak ma akurat ochote rzeczy przy wejściu, tlumem takim, ze w tamtym roku bylo nam autentycznie slabo, ale – właśnie to jest Zakopane prawdziwa bialoczerwona kraina czarow. Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na skoczniach 🙂

Leave a Reply