Trzeci weekend ze skokami zaliczony. Wygląda na to, że zawodnicy wrócili z Niżnego Tagiłu bez strat. Nikogo nie zjadły niedźwiedzie, nikt nie odwiesił nart na kołek, aby zatrudnić się w fabryce czołgów i nawet nikogo nie wsadzili do więzienia. Kąpiele w przeręblu także nie zaszkodziły, a wręcz przeciwnie – kiedy patrzę na ostatnie wyniki Niemców, zaczynam się zastanawiać, czy w tym jeziorze, aby na pewno znajdowała się woda. Może się mylę, ale paliwo rakietowe też jest chyba przezroczyste…

Cóż – jak głosi stare powiedzenie przytoczone ostatnio przez Macieja Kota – Rosja to stan umysłu. Akurat tam może zdarzyć się wszystko.

Dlatego też, po dokładnej analizie list startowych oraz sytuacji z poprzednich konkursów, obstawiałam, że przynajmniej jedno zwycięstwo odniesie, powracający do PŚ, Dymitrij Wasiljew. Niestety, rozczarowanie okazało się bolesne; rosyjski weteran nie dość, że nic nie wygrał, to przez cały weekend (chyba na pocieszenie) zdobył jeden punkt. Reszta gospodarzy też się nie popisała, w pierwszym konkursie do trzydziestki dostał się tylko Denis Korniłow, a reszta sbornej komandy – w tym jeden z największych ulubieńców naszej redakcji – Jewgienij Klimow, za sukces mogła sobie poczytać awans do konkursu.

Jewgienij Klimow, ulubieniec Redakcji, fot. Joanna Malinowska

Szkoda, bo im więcej nacji skacze z sukcesem, tym ciekawiej i weselej, a Rosjanie zawsze przydają kolorytu. Inna sprawa, że naprawdę przykro było słuchać, jak niezbyt licznie zgromadzona na trybunach publiczność gwiżdże na własnych reprezentantów. Choć może, dla odmiany, nie pastwi się nad nimi w Internecie? Niewykluczone, że kiedyś sprawdzę, bo ta kwestia naprawdę mnie zafrapowała.

Czego by jednak nie mówić, tegoroczna tradycja, czyli „co konkurs, to inny zwycięzca, a co drugi, to nowy lider”, została podtrzymana także w Niżnym Tagile. Pierwszego dnia wygrał Freitag, a drugiego Wellinger. Nic dziwnego, Richard kręcił się koło podium już od Wisły, a na dodatek zapuścił Wąsy Mocy, Andreas – co prawda bez wąsów – wskoczył na trzeci stopień w Ruce. Poza tym (prawie) cała niemiecka drużyna od początku sezonu idzie ławą i metodycznie – taki bowiem mają stan umysłu – więc wreszcie dotarła tam, gdzie zamierzała, czyli na pierwsze miejsce w Pucharze Narodów. A ja mogę tylko pokiwać głową z uznaniem. Zwłaszcza, że osobiście nic do Niemców nie mam. Niech sobie wygrywają, paskudy, póki mogą. Zasłużyły.

Richard Freitag z Wąsami Mocy, fot. Joanna Malinowska

Na marginesie tych zwycięstw, wspomnę jeszcze o ciekawej prawidłowości – tak, tym razem zajrzałam do statystyk, może dlatego, że były krótkie – że na sześć rozegranych w Niżnym Tagile konkursów, cztery wygrali właśnie nasi zachodni sąsiedzi. Aż się prosi, aby sobie z tego pożartować, skojarzenia nasuwają się same. Ja sobie jednak daruję. Osobiście miałabym dużo większy ubaw, gdyby w Rosji zwyciężył Vincent Descombes Sevoie. Najwyraźniej mój stan umysłu nie wrócił jeszcze znad Berezyny.

Francuz, który dotarł dalej, niż do Moskwy – Vincent Descombes Sevoie, fot. Joanna Malinowska

Wypadałoby też chyba wspomnieć o Norwegach. Czasem, obserwując tę nację, mam wrażenie, że ich stan umysłu każe wygrywać za wszelką cenę. Może to spadek po Wikingach, a może coś zupełnie innego? W każdym razie widać było, że i tagilski Bocian im nie straszny. Jednak trochę się, niedźwiadki, zawiedli w rachubach, bo choć Tande i Forfang na wyścigi okładali się rekordami skoczni, najwyższego stopnia podium żaden z nich nie zajął. Johanssonowi także nie poszło; najwyraźniej nawet Wąsy Mocy nie działają, kiedy wieją wrogie wiatry.

A Polacy? Polaków tym razem zostawiam sobie na deser.

Jak zapewne zdążyliście się zorientować, nasi obecnie plasują się na czwartym miejscu w Pucharze Narodów, a w konkursach indywidualnych przeważnie kręcą się w okolicach przełomu pierwszej i drugiej dziesiątki. Za każdym razem – i Tagił nie był tu wyjątkiem – przynajmniej w pięciu, a jeszcze częściej w sześciu, meldują się w trzydziestce.

Tyle że przedsezonowe oczekiwania były większe. Plany zakładały sześciu biało-czerwonych w pierwszej dziesiątce, w tym co najmniej trzech na podium!

W sobotę po zawodach zajrzałam do Internetu. Nie wiem czemu, ale niezmiennie popełniam ten błąd i nie potrafię wyciągnąć z niego wniosków. Moja Wiceprezes Ewa pyta zawsze, dlaczego właściwie to robię, a ja nie wiem, co odpowiedzieć. Może to jakaś forma pokuty za grzechy albo objawy zaawansowanego masochizmu psychicznego? Fakt faktem, czytam wszystko, łącznie z komentarzami. W miniony weekend w trakcie lektury, najpierw porwał mnie śmiech pusty, a potem litość i trwoga – że tak sobie zacytuję Wieszcza.

Bo co ujrzały moje oczy piękne? Prawie wszędzie skandal, nieszczęście i żałoba narodowa.

Kiedy już trochę się uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, czy w tym tygodniu powinnam w ogóle siadać do pisania. Bo zaraz może się okazać, że wymyśliłam sobie ten cykl, tylko i wyłącznie po to, aby wieszać psy na mediach i kibicach sukcesu. Tudzież marudzić i powtarzać jedno w kółko.

Zamyślony Kamil Stoch, fot. Magda Ciasnowska

No dobrze, niech będzie, że marudzę po raz ostatni. Przynajmniej w bieżącym roku. 😛

Uwaga! Raz. Dwa. Trzy. Zaczynam.

Otóż czasem, kiedy widzę niektóre tytuły na wielkich portalach („PŚ: Niemcy zdominowali konkurs, Polacy tylko przypatrywali się najlepszym”), sama strzelam się z liścia w czoło, bo nie mogę uwierzyć, że TO dzieje się naprawdę. Chętnie pożyczyłabym nartę od któregoś ze skoczków i za jej pomocą ręcznie naprostowała światopogląd kilku redaktorom. A taka przecież ze mnie spokojna kobieta…

Dla odmiany reakcje części kibiców nieodparcie kojarzą mi się z zachowaniem chorego na ChAD, który uparcie odmawia zażywania tabletek. Nasi wygrywają, to jest hipomania i euforia, wyznania miłości i wiecznego wsparcia („zawsze w Was wierzyłem!”). Naszym idzie ciut gorzej – już lecą paskudne wyzwiska, hejty, pseudoanalizy pod ustalone z góry tezy i zaczyna się zwalnianie trenera. Nieważne mistrzostwo olimpijskie ani świata, nieważne sukcesy w TCS – kibice żądają więcej i więcej. Parafrazując Klasyka Pierwszego: palec im wystarczy dać, a ci już by chcieli drugą rękę! Czasem sobie myślę, że gdybym była socjologiem, napisałabym o tym wszystkim pracę naukową i poważnie zastanowiła się nad prawidłowością, która każe takim sytuacjom powtarzać się w kółko i od lat.

Przez to wszystko atmosfera unosi się w necie taka, że na aukcjach, chyba już za chwilę, pojawią się bilety na konkursy w Zakopanem w cenie po 10 złotych za sztukę, odsprzedawane przez kibiców, którzy nabyli je tylko w tym celu, aby na Wielkiej Krokwi odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego dwa razy i ani razu mniej. Szanse na to – ich zdaniem – jakby zmalały, więc chyba nie pozostaje nic innego, tylko obrazić się na całą reprezentację i pozostać w domu.

Smutna prawda jest taka, że polscy kibice nagminnie oceniają po pozorach. Najwyraźniej taki mają stan umysłu. Klimat chyba też. Nic nie poradzę, ale wciąż jawi mi się przed oczami jeden z przeczytanych komentarzy, w którym pewien wybitny „znawca” zarzuca (oczywiście!) Dawidowi, że ten miał czelność uśmiechnąć się po drugim niedzielnym skoku. (Sorry, że znowu tak Dawidocentrycznie, ale skoro weszliście na portal Fanklubu, nie powinniście się dziwić. 🙂 ) Jego zdaniem świadczy to wyłącznie o minimalistycznym podejściu skoczka. Bo Eisenbichler się nie uśmiechał, a przecież skoczył kilka metrów dalej!

Dawid idzie w świat, fot. Tadeusz Mieczyński

Wszystko pięknie, ale w późniejszym wywiadzie Kubacki powiedział wprost i otwartym tekstem, że konkurs pozostawił w nim niedosyt. Może więc cieszył się tylko dlatego, że mimo zmiennych warunków, wylądował szczęśliwie? Jak zapewne niektórzy pamiętają, na tej skoczni nie jest to dla niego regułą.

Ale. „Znawca”. Wie. Lepiej.

Jak myślicie, sprzeda swoje bilety? Oby. Może dzięki temu i nam, i Fanklubowi Kamila Stocha uda się jednak wejść na zawody. Zdecydowanie wolelibyśmy kibicować ulubionym skoczkom na sektorach, niż stać z banerami pod bramą Wielkiej Krokwi. Nic nie poradzimy, że właśnie taki mamy stan umysłu.

 

Od lat mam tak, że patrzę, analizuję, wyciągam wnioski, a później przerabiam wszystko na słowo pisane. Celem moich obserwacji są ludzie, życie jako takie oraz kilka innych rzeczy, w tym skoki narciarskie. O życiu i innych rzeczach pisuję w innych miejscach, ale o skokach narciarskich – a zwłaszcza o ludziach w skokach – popiszę sobie tutaj. Może czasem ktoś przeczyta. 😀

Leave a Reply