Po raz pierwszy zobaczyłam Dawida na żywo w Wiśle, w lipcu 2014 roku, na tzw. otwartym treningu polskiej kadry w czasie Letniego Grand Prix. Już sam trening był wydarzeniem ogromnie interesującym i poniekąd zabawnym (cudem dostałyśmy się na niego z koleżanką i cudem miałyśmy świetny widok), ale to, co najciekawsze, wydarzyło się już po jego zakończeniu. Otóż, aby maksymalnie wykorzystać okazję, postanowiłyśmy zrobić sobie z Dawidem zdjęcie.

Odnalezienie go pod halą okazało się wcale nie takie trudne; w tamtych zamierzchłych czasach spokojnie mógł jeszcze opędzić się od kibiców. Namierzyłyśmy go więc, cierpliwie poczekałyśmy na swoja kolejkę, przywitałyśmy się uprzejmie, a potem powiedziałam do niego coś żartem, nie pamiętam dokładnie co, ale Dawid zupełnie nie zareagował, spojrzał na mnie tylko w taki sposób, jakbym była przezroczysta. Sprawiał wrażenie zupełnie nieobecnego. Nie mam pojęcia, gdzie przebywał wtedy duchem, ale na sto procent, nie pod sportową halą w Wiśle.

Przyszła Gwiazda i Przyszła Prezes, lipiec 2014

– On jest chyba jakiś niekomunikatywny – podzieliłam się refleksją z koleżanką, nieco rozczarowana, bo wyobrażałam go sobie zupełnie inaczej.

Postałyśmy sobie jeszcze chwilę, popatrzyłyśmy, powymieniałyśmy spostrzeżenia, a kiedy towarzystwo zaczęło się zbierać do odjazdu, postanowiłyśmy pójść wreszcie na poranną kawę. I wtedy nieoczekiwanie naszym zaskoczonym oczom ukazała się następująca scena – oto kadrowy bus, który zdążył był już oddalić się o dobre kilkanaście metrów, cofnął się gwałtownie. Ktoś otworzył drzwi i ze środka, jak z procy, wyskoczył Dawid i pędem pognał z powrotem do hali. Nieco skonsternowane, ale i zaciekawione czekałyśmy, co jeszcze się wydarzy.

Po kilkunastu sekundach Kubacki powrócił takim samym sprintem i z butami, których najwyraźniej zapomniał zabrać, w garści. Zamierzał oczywiście wsiąść z powrotem do samochodu, więc chwycił za klamkę, a tu niespodzianka – zamknięte. Szarpnął mocniej drzwi i nic. Szarpnął drugi raz, dalej głucho. Co więcej, auto nieoczekiwanie ostro ruszyło i zatrzymało się dopiero po przejechaniu całkiem sporego dystansu. A Dawid, który przez cały ten czas zachowywał wręcz stoicki spokój, dogonił je rączo i znowu złapał za klamkę. Zamknięte!

Koledzy bawili się tak z nim jeszcze przez chwilę, ale wreszcie wpuścili do środka i całe towarzystwo odjechało w stronę Malinki. Spojrzałyśmy na siebie i na środku placu wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem – byłyśmy kupione na amen. A kiedy przestałyśmy się śmiać, pomyślałam, że to niewątpliwie ciekawy człowiek, którego chyba nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi. I że na pewno warto dokładniej przyjrzeć się i jemu, i jego karierze.

Przed skokiem w Wiśle, fot. M. Ciasnowska

Przyglądałam się więc nowym okiem starym konkursom i wywiadom, śledziłam bieżące wydarzenia, czytałam i oglądałam wywiady, wymieniałam uwagi i przemyślenia z koleżanką Ewą (naszą obecną Wiceprezes), z którą nawiązałam wtedy znajomość.

A potem nadszedł styczeń 2015 roku, Puchar Świata w Zakopanem i pamiętna dyskusja po drużynówce, podczas której okazało się, że kibicek Dawida jest w moim gronie skocznych znajomych co najmniej kilka, a jedna z nas – za skarby świata nie potrafimy przypomnieć sobie, która – rzuciła hasło: „to załóżmy mu fanklub!”

Fanklub?!

W pierwszej chwili wydawało mi się to zupełnie nierealne i niewykonalne, bo po pierwsze primo, byłyśmy osobami całkowicie z zewnątrz, bez zielonego pojęcia o świecie skoków. Po drugie primo, uznałam, że co prawda jestem umiarkowanie ekscentryczna, ale klucz tkwi właśnie w słowie „umiarkowanie” i w moim wieku wypadałoby zachować już pewną powściągliwość i powagę. 😛

Bo czemu nie Fanklub?, fot. Ewa Bilan-Stoch

Na szczęście zanim zrezygnowałam z pomysłu, zdołałam rozeznać się nieco w temacie i szybko odkryłam, że co najmniej połowa Fanklubu Kamila Stocha, jest ode mnie zdecydowanie starsza. Poczułam się więc usprawiedliwiona i rozgrzeszona. Poza tym pomyślałam sobie, że skoro już od tylu lat interesuję się skokami, to może najwyższa pora zrobić kolejny krok i podjąć jakieś działania. Na przykład wesprzeć zawodnika, którego zdążyłam już polubić.

Zaczęło się więc badanie gruntu, w wyniku którego zdołałam wreszcie porozmawiać z Dawidem. 😛 Co prawda przez internet, ale stwierdziłam ponad wszelką wątpliwość, że jednak dobrze sobie wyobrażałam – JEST komunikatywny. A dodatkowo ma poczucie humoru takie, jak trzeba.

Dawid ma poczucie humoru, fot. E. Knap

Dokładnie w rok po pamiętnym otwartym treningu kadry, dokładnie w tym samym miejscu, ale w towarzystwie nie jednej, tylko już czterech koleżanek, zapytałam Dawida, czy zgodziłby się na to, abyśmy założyły mu fanklub. Oficjalny Fanklub.

Zgodził się, jego menadżerka też. A my wzięłyśmy się do roboty. Plany, strategia, fanpage, twitter, strona – przygotowywanie tego wszystkiego sprawiało nam wiele frajdy. Nie przewidziałyśmy tylko jednego. Otóż od samego początku i przez pierwsze kilkanaście miesięcy działalności ze wszystkich stron słyszałyśmy pytanie: dlaczego właśnie Dawid Kubacki? Próbowałyśmy cierpliwie wyjaśniać i przytaczać argumenty, w końcu, nieco już zniecierpliwione i zmęczone, stwierdziłyśmy, że będziemy odpowiadać żartem – dlatego, że jest najwyższy w kadrze!

Cóż, reakcje ludzi na nasze tłumaczenia były bardzo różne; niektórzy przyznawali nam rację,  inni za skarby świata nie mogli zrozumieć, zdarzali się tacy, którzy się z nas śmiali, a w styczniu 2016 roku w Zakopanem, poleciało w naszym kierunku kilka dosadnych wyzwisk. Przykre, ale prawdziwe.

Dlaczego właściwie tak się działo?

Jak zapewne niektórzy pamiętają, sezon 2014/2015, kluczowy dla powstania organizacji, nie obfitował w sukcesy naszej kadry skoczków. Dawid też prządł raczej cienko i na koniec sezonu został, wraz z Maciejem Kotem, przesunięty do kadry B. Szybko, zaledwie po kilku miesiącach od zmiany trenera, przyszły letnie sukcesy i całkiem przyzwoita zima. Jednak wielu kibiców zdawało się tego nie zauważać, wciąż uważali Dawida za skoczka, który niczego ważnego nie osiągnie.

Brało się to stąd, że przez lata narosło wokół niego mnóstwo stereotypów i negatywnych opinii, więc czasem miewałam wrażenie, że aby je przełamać, musi pracować dziesięć razy więcej niż inni i dziesięć razy częściej udowadniać swoją skuteczność, kiedy zaś tylko lekko omsknie mu się noga albo zbyt wolno spełnia pokładane w nim oczekiwania, zaraz musi mierzyć się z falą krytyki. Albo nawet hejtu. To znamienne – już dawno zauważyłam, że u nas, liczy się tylko spektakularny sukces, a mało kto docenia metodę małych kroków.

Dawid na topie, fot. Ewa Bilan-Stoch

Obecnie sytuacja znacząco się zmieniła, bo Dawid jest na topie. Nagle nikt się nie dziwi, że ma fanklub, wszyscy kochają go miłością wielką, w ogóle to od lat w niego wierzyli. W mediach społecznościowych, niczym grzyby po deszczu, wyrastają strony „wspierające Dawida Kubackiego”. Bo przecież, jak skwitowała sprawę Wiceprezes Ewa – najłatwiej wspiera się mistrza świata. 😛

A ja patrzę na jego sukcesy i na to, jak ciągle idzie do przodu, z ogromną radością i jeszcze większą satysfakcją i mam ochotę powtarzać: „a nie mówiłam?”. My, Fanklub, nie mówiliśmy? Przecież trąbiliśmy w kółko, że wskoczy na ten top, wejdzie na podium, da sobie radę.

Skąd wzięła się w nas ta pewność? Ktoś pochopnie wyciągający wnioski, mógłby zarzucić nam ślepą wiarę i hurra optymizm, ale kompletnie by się pomylił. Nasze, moje, przekonanie bierze się ze znajomości ludzkich charakterów, umiejętności obserwowania, kojarzenia i wyciąganie wniosków. Cóż, taką mam robotę, muszę błyskawicznie ocenić potencjał człowieka i z reguły się nie mylę.

Na Mistrzostwach Polski w Wiśle, fot. Ewa Bilan-Stoch

Jeśli chodzi o potencjał Dawida, to wystarczyło uważnie posłuchać wywiadów, porozmawiać z nim, poobserwować, aby stwierdzić, że ten facet osiągnie każdy cel, jaki sobie założy. Bo jest zdeterminowany, pracowity i ambitny. I do tego jeszcze niewiarygodnie cierpliwy.

Kiedy nie radził sobie mentalnie, podjął współpracę z psychologiem. Kiedy Maciej Maciusiak przekonał go, do zmiany stylu skakania, zrobił to, choć po dwudziestu latach treningów pewnie wszystko mu działało na zasadzie odruchów bezwarunkowych.

Jeśli coś mu nie idzie, szuka rozwiązania do skutku. Idzie swoim tempem, czasem się zatrzyma, cofnie o krok, ale się nie podda. Skacze swoje i robi swoje, nawet kiedy kibice i media się niecierpliwą. Śmiga na mamutach, choć jeszcze kilka lat temu z reguły lądował przed dwusetnym metrem. Nie traci spokoju. Nie zawodzi w kluczowych momentach. Jak powiedział Igor Błachut – na słowie harcerza polegaj jak na Kubackim. 🙂 I najważniejsze – co by się nie działo, jest sobą.

Dawid jest sobą 😉 , fot. Ewa Bilan-Stoch

Cieszę się, że z niewielkiej odległości mogę obserwować jak się rozwija, jak oddaje coraz lepsze skoki, jak nabiera coraz większej pewności siebie, jak osiąga swoje coraz ambitniejsze cele.

Dawid Kubacki, skoczek narciarski, który nie da się wtłoczyć w żadne ramy ani wrzucić do żadnej szuflady. Ktoś, kto pewnie jeszcze wiele razy zaskoczy kibiców.

Ale nie mnie. Ja jestem od dawna przygotowana. Reszta Fanklubu też.

 

Od lat mam tak, że patrzę, analizuję, wyciągam wnioski, a później przerabiam wszystko na słowo pisane. Celem moich obserwacji są ludzie, życie jako takie oraz kilka innych rzeczy, w tym skoki narciarskie. O życiu i innych rzeczach pisuję w innych miejscach, ale o skokach narciarskich – a zwłaszcza o ludziach w skokach – popiszę sobie tutaj. Może czasem ktoś przeczyta. 🙂

Fotografia główna autorstwa Joanny Malinowskiej.

Leave a Reply