Drugi pucharowy weekend jest już tylko wspomnieniem. Gdyby wszystko pozostało po staremu, byłby zapewne pierwszym. Nastąpiły jednak zmiany i obecnie należy przyzwyczajać się do nowej skokowej rzeczywistości, która – przynajmniej z mojego punktu widzenia – wcale nie jest taka straszna i oby trwała jak najdłużej.

Po inauguracyjnych zawodach w swojskiej Wiśle, zawodnicy pojechali na koniec świata, a na pewno Europy, gdzie – jak wiadomo – króluje śnieg, mróz oraz św. Mikołaj z połowicą i stadem reniferów. I gdzie zawsze są pustki na trybunach, bo wieje na urwanie łba i ziąb panuje taki, że – jak to kiedyś napisał Klasyk Pierwszy – tylko matki, żony i kochanki fińskich skoczków stoją na dole wyszczerzone. Reszta kibiców siedzi w domu pod kocami i z herbatą, ewentualnie innymi płynami rozgrzewającymi, i w napięciu śledzi obrazy migające na ekranie telewizora, zadając sobie odwieczne pytanie: czy w tym roku stanie się to samo, co zawsze, czy może coś zupełnie innego?

Ale przecież nie ma nad czym się zastanawiać – w końcu Ruka to Ruka.

Ruka – tam, gdzie mieszka zima, fot. Pixaby

Tradycyjna zabawa rozpoczęła się już w piątek. To, co wiatr urządził nieszczęsnym skoczkom, można nazwać chyba tylko karuzelą (określenie „loteria” byłoby zbyt banalne). Raz wiało pod narty, raz z tyłu, a za moment niby wcale, ale i tak ciągnęło do tyłu, przyginało do ziemi, zarzucało na plecy worki z grulami vel ziemniakami i zrzucało na bulę. Rozstrzał wyników przyprawiał o zawrót głowy; wystarczy wspomnieć, że pierwszego i ostatniego zakwalifikowanego zawodnika dzieliło bez mała 50 metrów i 100 punktów.

Nasi prześlizgnęli się w komplecie, choć przez jakiś czas wydawało się, że będziemy musieli obejść się bez Kuby Wolnego. Czas i wyniki rywali pokazały, że finalnie zmieścił się w pięćdziesiątce bez najmniejszego problemu i nawet ze sporym zapasem.

Skład na konkurs drużynowy nie przyniósł niespodzianek. Skład stały od prawie roku. „Brązowy” skład. Pierwszy zwycięski skład. „Złoty” skład. Skład, który od kilku sezonów gromi latem rywali w Wiśle.

Mistrzowie świata z Lahti, fot. Ewa Bilan-Stoch

Skład, który zadebiutował w Kuusamo w listopadzie 2012 roku.

Szczerze mówiąc, kiedy czytałam zapowiedzi dotyczące drużynówki w Ruce – uwzględniające zeszłoroczną oraz obecną formę naszych skoczków, działania prawie że mistyczne i karmę, która zawsze wraca – miałam wrażenie, że mogę spodziewać się tylko jednego. A mianowicie tego, że w ten weekend na sto procent zadziała sprawiedliwość dziejowa, która – wreszcie! – pozwoli zatknąć Polakom zwycięską flagę na szczycie opornej Rukatunturi. Żeby było jasno – absolutnie nie miałabym nic przeciwko takiemu scenariuszowi. Romantyczna strona mojej osobowości czekała na jego realizację z utęsknieniem, bo był, prawda, taki dydaktyczny i bajkowy. Oto czterech panów z nartami, równo pięć lat temu dostało za kołem polarnym łomot aż furczało. Teraz owi panowie wracają na stare śmieci, skaczą, że furczy i zbierają zasłużone laury. A komentatorzy mają temat na co najmniej kilka tekstów historyczno-krytyczno-przekrojowych. Z epilogiem i morałem.

Nie raz i nie dwa zastanawiałam się, czy panowie z Wiadomego Składu wracają myślami do tego, co stało się w tamtym pamiętnym listopadzie. Był to bowiem spektakl i przeraźliwy, i smutny, i jednocześnie – jak wiemy z perspektywy czasu – stanowiący ważny krok na drodze do brązowego medalu w Predazzo. Nie chciałam o tym nigdy rozmawiać z Dawidem, żeby go nie denerwować, ale pojawił się ktoś z mniejszymi skrupułami i ostatnio zapytał wprost. Wiem więc, że nie myślą i nie wracają. I bardzo dobrze. Z roztrząsania nieprzyjemnej przeszłości jeszcze nigdy dla nikogo nie wynikło nic pozytywnego.

Taka piękna, a taka złośliwa – Rukatunturi, fot. Tatiana Bashinskaya [Wikimedia Commons]

W tym roku budujący happy end jednak nie nastąpił. Bo Ruka to Ruka, a złośliwa Rukatunturi znowu pokazała nam – że się tak obrazowo wyrażę – swój metaforyczny czerwony jęzor. Dyskwalifikacja Piotra Żyły jeszcze przed pierwszym skokiem konkursu drużynowego, zabolała niczym uderzenie obuchem w głowę.

Jak to? Jeszcze się nie zaczęło, a już jest – cytując Drugiego Klasyka – just after birds? Niektórym kibicom zapewne najpierw podskoczyło ciśnienie, a później zaczęła się kluć w głowie myśl, że zaraz ujrzymy taki sam koniec świata, jak w 2012. Klątwa jakaś, czy co?

A tymczasem wcale, po tych przysłowiowych ptokach, jeszcze nie było. Kubacki w drugiej grupie poleciał tak, jakby mu wcale o dyskwalifikacji kolegi nie powiedzieli i sam jeden przeskoczył dwóch Kazachów i dwóch Czechów. Kot i Stoch dołożyli swoje i nagle, zamiast szarego końca stawki i narodowej żałoby, mamy drugą serię, w której do rywalizacji mógł powrócić Żyła – jego powrotowi pikanterii dodaje fakt, że skakał dokładnie w tym samym kombinezonie, za który wycięli go z serii pierwszej. Jak to możliwe? Nie wiadomo. Ot, kolejna nierozwiązywalna zagadka wszechświata, nad którą należy przejść do porządku dziennego. Bo jak mawiał Klasyk Trzeci – taki jest ten sport.

W każdym razie, w efekcie całego zamieszania Polacy nie stanęli na podium, ale dokonali czegoś niebywałego. Czegoś, co po raz kolejny udowodniło, jak wielka siła mentalna tkwi w tych zawodnikach. Kubacki, Stoch, Kot i Żyła przeszli do historii. Nie bawię się w skokowe statystyki, niestety nie mam na to czasu, ale nie przypominam sobie sytuacji (a pamięć mam jeszcze dobrą), kiedy to jakaś drużyna po skokach trzech zawodników bez najmniejszego problemu awansowałaby do drugiej serii, a potem jeszcze zajęła miejsce w środku stawki. Nic tylko wstać i bić brawo, na przekór Rukatunturi.

A tak na marginesie można jeszcze dodać, że czerwony jęzor skoczni, i to w całej okazałości, obejrzeli sobie również Austriacy – mimo rekordu Stefana Krafta nie stanęli nawet na najniższym stopniu podium.

Skocznia, jak skocznia, przynajmniej zima ładna, fot. Heather Sunderland [Flickr]

Następnego dnia okazało się, że obiekt w Ruce, podobnie jak nasz w Malince, lubi niespodzianki. Specjalistą od wycinania numerów został tym razem Jernej Damian, którego absencja w Wiśle, każe poważnie zastanowić się nad kryteriami doboru zawodników stosowanymi przez Gorana Janusa. Inna sprawa, że od wczoraj umieram z ciekawości, kto wygra konkursy w Niżnym Tagile. Niewykluczone, że zawodnicy, którzy w tej edycji PŚ jeszcze nie skakali. Może Heinz Kuttin zabierze ze sobą Andy’ego Koflera? 😀 Skoro właśnie rozpoczęła się moda na weteranów… A może pojawi się zupełnie ktoś inny?

Jernej Damjan w Planicy, fot. Ewa Knap

Nasi – jak stwierdzają autorytarnie przeróżne większe i mniejsze media – podobno w konkursie indywidualnym skakali bez błysku. Przypomnę, Ruka to Ruka i już poprzedniego dnia okazało się, że skały nie zjesz (że tak zacytuję ponownie Klasyka Trzeciego). Fakty są jednak takie, że cała nasza szóstka znalazła się w trzydziestce. Pomimo problemów Stefana Huli w pierwszej serii, Kuby Wolnego w drugiej, a Macieja Kota, dla równowagi, w obu. Kamilowi Stochowi pierwszy skok też nie wyszedł i zmuszony był przypuścić atak z 27. pozycji. Na pocieszenie należy dodać, że wraz z nim w trzeciej dziesiątce znalazło się towarzystwo wręcz doborowe, prawdziwy zakątek mistrzów. No co? Przecież mówiłam, że za Kraftem, Rukatunturi też nie przepada! Może po prostu wolała Schlierenzauera?

Piotrek i Dawid wysforowali się na początek polskiej stawki. Szczególnie Dawid, który po pierwszej serii był czwarty, a cały konkurs zakończył na 8. pozycji. I znowu po jego spadku rozległ się przysłowiowy jęk zawodu na trybunach i w redakcjach. Cóż, wspomniany przeze mnie w zeszłym tygodniu balon, ma się doskonale. Media wręcz zawisły Dawidowi nad głową i dyszą mu w kark tak, że za chwilę nam się chłopak udusi. Na dodatek wszyscy odmieniają przez przypadki tylko jedno słowo – podium! (Słowo jest co prawda nieodmienne, ale przecież żaden problem. 😛 ). Do tego analizują procentowo dane dotyczące skoków Kubackiego w drugich seriach konkursowych i pierwszych dziesiątkach. A pewna duża sportowa gazeta, na podstawie wypowiedzi psychologa, który w życiu nie widział skoczka na oczy, ze stuprocentową pewnością diagnozuje jego problem. Ktoś inny pyta go troskliwie, czy wczoraj nie był aby najgorszy dzień w jego karierze? W takich warunkach Dawid jak nic, tylko weźmie i się skutecznie zregeneruje. Zwłaszcza mentalnie. A potem zacznie wygrywać. 😛

Bo taki jest sport, fot. Magda Ciasnowska

Szczerze mówiąc całe zamieszania, to oczekiwanie, analizy, szukanie prawidłowości, z jednej strony ogromnie mnie irytuje, a z drugiej śmieszy. W końcu Dawid Kubacki już nie jeden raz pokazał, że w swoim uporze i determinacji jest całkowicie nieprzewidywalny i nie da się go wsadzić do żadnej szuflady. Bo nie dość, że po cichu wyważy zamek, to jeszcze w najmniej spodziewanym momencie wytnie taki numer, że wszystkim szczęki spadną na kolana. Oczywiście moment okaże się najmniej spodziewany dla kibiców, bo dla głównego zainteresowanego, sprawa będzie przecież oczywista.

Pozwólcie, że tą oto przewrotną prognozą zakończę dzisiejszy felieton. I dodam jeszcze – cieszmy się, rodacy, że konkursy w Ruce przeszły do historii. Według niektórych, najgorsze, co mogło w tym sezonie spotkać polską drużynę, już za nami i teraz będzie z górki. No cóż, pożyjemy i zobaczymy, co powie na to wszystko tagilski Bocian. 😀

 

Od lat mam tak, że patrzę, analizuję, wyciągam wnioski, a później przerabiam wszystko na słowo pisane. Celem moich obserwacji są ludzie, życie jako takie oraz kilka innych rzeczy, w tym skoki narciarskie. O życiu i innych rzeczach pisuję w innych miejscach, ale o skokach narciarskich – a zwłaszcza o ludziach w skokach – popiszę sobie tutaj. Może czasem ktoś przeczyta. 😀

Leave a Reply