Od zakończenia sezonu minęły prawie trzy miesiące, do rozpoczęcia Letniego Grand Prix zostało dużo mniej niż półtora. Już z górki.

Cieszę się z tego, bo ostatnio z każdym dniem coraz bardziej tęsknię za skokami, ciągle czegoś mi brakuje i w ogóle mam nieprzyjemne wrażenie, że zostałam wysłana na przymusowy urlop z pracy, którą szczerze lubię. Odliczam więc czas do kwalifikacji w Wiśle i po trochu szykuję się do wyjazdu. Oby w tym roku doszedł do skutku…

Jednocześnie – skracając sobie nieznośny czas oczekiwania – zastanawiam się, co takiego właściwie jest w skokach, że w trakcie wiosennych miesięcy, kiedy słońce świeci, drzewa się zielenią, kwiaty kwitną, ptaszęta kwilą, a świat przynajmniej wygląda, jakby mu było wesoło, tak bardzo tęsknię za tym typowo zimowym sportem.

Po pierwsze, chyba dlatego, że dla mnie nie jest to wcale taki zwykły zimowy sport. W ciągu kilku lat stał się nieodłącznym elementem mojego życia. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że w czasie zimowych miesięcy nadaje rytm i ramy moim działaniom – oprócz pracy zawodowej, domowych obowiązków, pisania – uwzględniam w planach także czas przeznaczony na fanpage, artykuły, wyjazdy.  Codziennie intensywnie myślę o skokach, bo założenie jest takie, że posty mają być przygotowywane i wrzucane regularnie. Zanim pójdę w sobotę na imprezę, ustalam z koleżanką, czy może wrzucić post po konkursie, a jeśli nie, to o określonej porze sięgam po telefon i szukam spokojnego miejsca. Z wyprzedzeniem zaklepuję odpowiednie terminy urlopów i rezerwuję fundusze.

Wisła – mój pierwszy i ostatni wyjazd w sezonie 2017/18, fot. A. Felska

Wiosną ta cała delikatna i starannie wypracowana konstrukcja zaczyna się chwiać. Po prostu skoki nie wymagają już tyle uwagi, więc przerzucam się na inne zajęcia, odrywam się mentalnie i efekt jest taki, że wypadem z rytmu. Ciężko mi się skupić i zabrać za rzeczy, które wcześniej wydawały się proste. Nie znoszę tego stanu.

Dlatego dobrze, że po drodze jest jeszcze Wisła i LGP, przynajmniej będzie można trochę potrenować i później, w listopadzie, kolejne wdrażanie się do pracy, pójdzie łatwiej i szybciej.

Po drugie – brakuje mi emocji związanych ze skokami. Oczywiście po sezonie można przeżywać nowe składy kadr, trenerskie rotacje w mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych reprezentacjach, ewentualnie fakt zakończenia kariery przez lubianego skoczka. Jednak żadnym sposobem nie zastąpi to dreszczu emocji, jaki wywołują Turniej Czterech Skoczni, igrzyska, mistrzostwa świata lub zwykłe pytanie „odwołają, czy nie?” zadawane sobie bez przerwy podczas wyjątkowo wietrznego konkursu. Do tego dochodzi samo oczekiwanie na zawody i typowanie faworytów, ustalanie hipotetycznego składu drużyny, a czasem planowanie wyjazdu krajowego lub zagranicznego. No i jeszcze szybki sprint z pracy, aby zdążyć na konkurs, często połączony z przeklinaniem spóźniających się tramwajów i autobusów. Podglądanie ukradkiem relacji tekstowych, kiedy nie można wyjść.

Normalnie się, chlip, wzruszyłam na samo wspomnienie. Sezonie – nieważne, letni czy zimowy – ogarnij się i przychodź!

Lato czy zima, dzieje się!, fot. J. Malinowska

Po trzecie – wyjazdy. Niestety, pod względem wyjazdowym miniona zima była dla mnie wyjątkowo pechowa. Dotarłam tylko na inaugurację do Wisły, a potem stan zdrowia nie pozwolił mi ani na wyprawę do Zakopanego, ani do Planicy. Musiałam zadowolić się oglądaniem zawodów w telewizji. Na szczęście ekspedycje fanklubowe tak się rozochociły, że z rozpędu dotarły i na TCS, i na Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich i jeszcze w kilka innych, bardzo ciekawych miejsc i podrzucały mi relacje na bieżąco i z pierwszej ręki. Fajne to było, ale fajniej zobaczyć wszystko na własne oczy i na żywo.

Chyba nic więc dziwnego, że chciałabym odbić sobie wreszcie te wyjazdowe niepowodzenia. Zaczynam za trzydzieści kilka dni. Tradycyjnie od Wisły. A przynajmniej taki mam ambitny zamiar.

Bo wszystko zaczyna się w Wiśle, fot. M. Ciasnowska

Po czwarte – towarzystwo. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że jedna z najfajniejszych stron prowadzenia fanklubu wiąże się z nieustannym poznawaniem ludzi, którzy interesują się tym samym. Można więc gadać do upadłego bez obawy, że druga strona umrze z nudów. Na dodatek wszyscy są w temacie i nie trzeba wyjaśniać oczywistych rzeczy.

Tylko że… Mamy czerwiec i fanklubowa grupa ciut przysypia, a czat, który zimą brzęczy bez przerwy i sprawia, że trzeba na noc wyłączać telefon, bo nie dałoby się rady zasnąć, nagle całkowicie zamilkł. Nie ma zażartych dyskusji, wymiany informacji i plotek, zabójczych memów i żartów. Mam wrażenie, że wszyscy przeszli w tryb stand by.

Do tego stopnia, że ja, nieszczęsna, nie mam nawet kogo porządnie objechać za niewłaściwe zachowanie. 😛 A wiadomo przecież od zawsze, że prezes służy do tego, żeby się awanturować. 😛

Jaki z tego wszystkiego wynika morał? Bez skoków moje życie staje się niepełne. Można wręcz powiedzieć, że jest pełne dziur, niczym ser z ojczyzny Simona Ammanna.

Pozostaje liczyć dni, fot. M. Ciasnowska

Moi nie-skoczni znajomi próbują mnie pocieszać, nieustannie przypominając, że przecież idzie Mundial. Dopiero będzie się działo!

Może i tak. Ale dla mnie to nie to samo, więc na te właściwe emocje poczekam do Letniego Grand Prix. Jeszcze tylko trzydzieści kilka dni. 😀

Leave a Reply