Każdego roku w grudniu, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, kibice skoków narciarskich i dziennikarze opowiadają sobie legendę. Legendę o tym, że ponad tysiąc kilometrów stąd, na śnieżnym zboczu Góry Aniołów, znajduje się cudowne miejsce, gdzie polscy skoczkowie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odzyskują formę i stoi cudowna skocznia, na której zawsze któryś z naszych wyskacze miejsce na podium.

Czas mija, lata lecą, magia Engelbergu czasem działa, a jeszcze częściej nie, ale legenda ma się dobrze, a nawet coraz lepiej. Daje nadzieję, kiedy skoczny sezon zaczyna się dla Polaków marnie. „Zaczekajmy do Engelbergu” –  mówią wszyscy i zaczynają snuć wspomnienia i przełamaniu kadry w 2012 roku oraz o polskim weekendzie, który miał miejsce rok później, na chwilę przed igrzyskami w Soczi. Tonuje oczekiwania tych, którzy rozpieszczeni sukcesami, wieszają skoczkom poprzeczkę tak wysoko, że ci, przechodząc pod nią, nie dają rady zawadzić nawet czubkiem głowy. „W Engelbergu sezon zacznie się naprawdę, tam nasi odpalą petardy i któryś wbije do pierwszej trójki” – powtarzają.

W Engelbergu od kilku sezonów jest pełno biało-czerwonych flag. Wcale nie szwajcarskich, fot. Joanna Malinowska

Może się zacznie, a może nie. Może ktoś wbije, a może nie.

Tak się złożyło, że Kamil Stoch w tym roku stanął na podium. Na dodatek dwa razy. I na pewno ten fakt nie pozostanie bez wpływu na legendę Engelbergu, jako miejsca tak polskiego, jak Wisła i Zakopane razem wzięte i podniesione do kwadratu.

Szczerze mówiąc, sama nie wiem, co mam myśleć o tej legendzie? Z jednej strony na pewno jest piękna i rozczulająca, a w chwilach niepowodzeń krzepi lepiej, niż zrobiłby to, zdaniem Wańkowicza, cukier. Z drugiej, staje się kolejnym elementem dławiącej presji wywieranej na zawodników. Tak, przy okazji konkursów na Górze Aniołów, rzeczona presja staje się jeszcze bardziej wyczuwalna. „Ma w tym roku poprawić najlepszy wynik z Gross-Titlis-Schanze”. „Ma wreszcie się ogarnąć i wskoczyć na podium”. „Mają razem zdobyć co najmniej dwieście punktów”.

Szybko. Dzisiaj. Teraz. Natychmiast. Już! – Napięcie i oczekiwanie unoszą się w powietrzu niczym smog (a nawet smok) nad Wawelem, a wczoraj także i Pałacem Kultury.

A tymczasem, jak głosi stare przysłowie pszczół – pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł. W sporcie o wiele lepiej sprawdza się anielska cierpliwość. Zwłaszcza, kiedy łączy się z determinacją i pracowitością. Niestety, niesieni żądzą sukcesu kibice często o tym zapominają. Na szczęście pamiętają o tym skoczkowie, a przynajmniej większość z nich.

Oczywiście są tacy, którzy wskakują na najwyższy poziom bardzo szybko, jakby od niechcenia. Wystarczy choćby wspomnieć Gregora Schlierenzauera, Thomasa Morgensterna czy zeszłoroczne objawienie – Domena Prevca.

Domen Prevc, fot. Joanna Malinowska

Tyle że i Morgenstern, i Schlierenzauer summa summarum zapłacili wysoką cenę za młodzieńczy sukces. Co będzie z Domenem, który w trakcie minionego weekendu sprawiał wrażenie, jakby zupełnie nie rozumiał, czemu nie skacze w Engelbergu tak samo dobrze, jak rok temu? Czas pokaże. Słoweńcy ciągle powtarzają, że wyciągnęli wnioski z przypadku Primoża Peterki. Oby.

Każdy topowy skoczek dociera do celu własną drogą i we właściwym dla siebie czasie. Jednemu zajmuje to kilka miesięcy, drugiemu pięć lat, trzeciemu dziesięć, a czwartemu nawet kilkanaście.

Na temat wyznaczania celów nie będę się tu rozpisywać, bo tę kwestię wyjaśniła doskonale moja koleżanka Lena, w tym artykule. Przypomnę tylko, że aby cel w ogóle dał się zrealizować, musi być konkretny, mierzalny, możliwy do osiągnięcia, istotny dla człowieka oraz oznaczony w czasie.

Poza tym każdy, kto przynajmniej próbował schudnąć trzydzieści kilo w miesiąc albo nauczyć się biegle trzech języków obcych w pół roku, na własnej skórze przekonał się, jakie to trudne. No cóż, ośmiotysięczników też nikt nie atakuje z marszu. I nikt nie zostaje z dnia na dzień mistrzem olimpijskim w skokach.

Aby zdobyć to, co najważniejsze, każdy – i przyszły poliglota, i osoba młodsza o trzydzieści kilo, i wreszcie skoczek narciarski – musi przejść etapy pośrednie, czyli wyznaczyć i zrealizować cele krótkoterminowe. Dla jednego zawodnika takim krótkoterminowym celem w danym momencie będzie przebrnięcie przez kwalifikacje, dla drugiego awans do punktującej trzydziestki, dla trzeciego podium Pucharu Świata, a dla czwartego trofeum z Mistrzostw lub Igrzysk.

No dobrze, to teraz popatrzmy na tych, którzy w ciągu ostatnich dni są na ustach kibiców i na klawiaturach dziennikarzy sportowych, czyli na Dawida i Macieja.

Dawid Kubacki, fot. Joanna Malinowska

Dawid jest doskonałym przykładem skoczka, który w czasie trwania swojej kariery przeszedł kilka albo i kilkanaście etapów. Najpierw walczył o to, aby w ogóle znaleźć się w kadrze, potem o to, aby zdobyć pierwsze punkty PŚ i punktować regularnie. Następnie, po nieudanym sezonie 2014/2015 został zesłany do kadry B i robił wszystko, aby do kadry A jak najszybciej powrócić. Wiązało się z całkowitą metamorfozą stylu skakania. Pisałam już kiedyś i powtórzę teraz, a jeśli trzeba, jeszcze i sto razy – jaką ogromną trzeba mieć determinację, jak trzeba być upartym, aby po dwudziestu latach skutecznie zmienić coś, co dawno stało się odruchem bezwarunkowym. Ktoś z Was próbował? Życzę powodzenia.

Potem był powrót do pierwszej reprezentacji, kolejne miejsca w dziesiątce, mistrzostwo świata w drużynie, wygrana w LGP. Stopniowo i po kolei skoczek dostawał to, czego chciał. Ile musiał w to włożyć pracy? Jak wiele cierpliwości? Nie wie tego nikt, oprócz niego.

– Ciągle czekam na podium Dawida Kubackiego – powiedział w sobotę dziennikarz TVP po konkursie w Engelbergu.

– Ja też czekam. Ale jestem cierpliwy w przeciwieństwie do ciebie – odparł Dawid, starając się obrócić sytuację w żart.

Bo co miał zrobić? Rzucić nartami o glebę, a potem się rozpłakać? Bić w piersi i przepraszać kibiców i media? A może przyznać rację tym, którzy po nim jeżdżą jak po łysej kobyle?

Czy ktoś, patrząc na to, co Kubacki do tej pory osiągnął, naprawdę wątpi w jego podium? Przecież widać jak na dłoni, że Dawid już dawno się na nie uparł. I nie spocznie, dopóki nie znajdzie sposobu, aby na nie wskoczyć. Prędzej lub później. W swoim – cierpliwie wyczekanym – czasie.

Maciej…

Maciej to trochę inna bajka. Stał już na podium i doskonale wie, jak wygląda świat z jego szczytu. Wyraźnie mu się to spodobało i nic dziwnego, że chciałby więcej. Ale w tym sezonie coś nie kliknęło i Kot na razie musi zadowalać się miejscami w drugiej dziesiątce, które są zdecydowanie poniżej jego oczekiwań. To trochę tak, jakby musiał się cofnąć i po raz drugi zdobywać ten sam szczyt, oglądając po drodze te same, nudne widoki. Nic dziwnego, że traci cierpliwość.

Maciej Kot, fot. Joanna Malinowska

Jednak nerwowymi ruchami niczego nie zwojuje ani niczego nie przyspieszy. Skoro raz wszedł na wysoki poziom, oznacza to, że może to spokojnie zrobić i po raz drugi. Jeśli będzie szedł rok za krokiem. Cierpliwie. Nie da rady pobiec na skróty.

Czasem tak sobie myślę, że termin „syzyfowa praca”, bardzo dobrze oddaje specyfikę sportu. Trzy kroki do przodu, dwa do tyłu. Zjazd na tyłku, przypadkowa kontuzja albo zwyczajnie gorszy okres i już trzeba zaczynać pracę od początku. Tyle że w sporcie – w odróżnieniu od Syzyfa – niektórzy docierają na sam szczyt. Bo mogą. Nie ciąży nad nimi klątwa bogów. Bo oprócz mięśni, ćwiczą także cnotę cierpliwości.

Anielskiej cierpliwości!, fot. Klaudia Potoczna

Szkopuł tkwi jednak w tym, że skoczkowie potrzebują cierpliwości nie tylko swojej, ale także tej kibicowskiej.

A my zupełnie nie bierzemy tego pod uwagę i mówimy – mógł trafić w próg, pociągnąć jeszcze te pięć metrów dalej, mógł lepiej wylądować. Skoro nie trafił, nie pociągnął, nie wylądował, to najwidoczniej nie mógł. I jeśli kibic, stojąc na trybunach lub siedząc przed telewizorem, czuje po nieudanym skoku złość i frustrację, to co w takiej chwili musi buzować w zawodniku? Zmaganie się z tym wymaga wręcz diabelskiej siły.

Dlatego, Kibicu Drogi, nie ma co marudzić, nie ma co wieszać psów ani dzielić włosa na czworo, nie ma co bezwzględnie wymagać wyników i karać hejtem. Po prostu trzeba zaufać. I czekać. Bo jak powiedział sławny rodak Richarda Freitaga – aniołem człowieka jest czas.

A na zakończenie swoich wywodów chciałabym życzyć Wam, Drodzy Czytelnicy, aby te nadchodzące Święta Bożego Narodzenia były radosne jak konkurs drużynowy w Lahti, rodzinne jak Mistrzostwa Polski i magiczne niczym legenda Engelbergu. 🙂

 

Od lat mam tak, że patrzę, analizuję, wyciągam wnioski, a później przerabiam wszystko na słowo pisane. Celem moich obserwacji są ludzie, życie jako takie oraz kilka innych rzeczy, w tym skoki narciarskie. O życiu i innych rzeczach pisuję w innych miejscach, ale o skokach narciarskich – a zwłaszcza o ludziach w skokach – popiszę sobie tutaj. Może czasem ktoś przeczyta. 🙂

Leave a Reply